Akcja w szafie na miotły

Troje przyjaciół trafia do szkolnej szatni, gdzie zwykła szafa na miotły zamienia się w absurdalną pułapkę pełną żelków i tajemniczego woźnego.

Szkoła Podstawowa nr 13 im. Radosnej Przygody miała dwie specjalności: ogłoszenia, które brzmiały jak żart, i automat z żelkami, przy którym nawet nauczyciele udawali, że „przypadkiem” przechodzą obok. Tego majowego popołudnia, zaraz po chemii, wszystko powinno było wyglądać normalnie. Powinno.

Filip pierwszy usłyszał szelest ze szkolnej szatni. Ten sam Filip, który potrafił znaleźć kłopoty szybciej niż inni znajdowali zgubione klucze. Ola, zawsze gotowa skomentować każdą sytuację tak, żeby zabolało, uniosła tylko brwi. Bartek, pewny siebie tylko wtedy, gdy trzymał telefon albo mokrą gąbkę, zmrużył oczy.

– To na pewno nic – powiedział Filip z miną człowieka, który już podjął złą decyzję.

W szatni panowała cisza. Za to ze szafy na miotły dochodziło ciche mamrotanie, jakby ktoś próbował szeptem recytować „Pana Tadeusza” i jednocześnie walczył z zakrztuszeniem się własnym oddechem. Bartek włączył latarkę w telefonie, a Ola spojrzała na Filipa tak, jakby chciała go zepchnąć do pierwszej lepszej beczki z wodą utlenioną.

Drzwi szafy otworzyły się z przeciągłym skrzypnięciem. Najpierw wypadły żelki. Setki żelków. Malinowe, cytrynowe, w kształcie robaków, misiów i czegoś, co wyglądało podejrzanie jak zielony glut po ataku laboratoryjnej katastrofy. Dopiero potem w drzwiach pojawił się pan Roman, szkolny woźny, cały oblepiony cukierkami, z hełmem zrobionym z puszek po energetykach.

– Ani kroku dalej! – ryknął i podniósł coś, co wyglądało jak miotła, ale miało przyklejony do trzonka mały wyświetlacz i migające diody. – Tylko prawdziwi przyjaciele przechodzą test żelkowej odwagi!

Filip parsknął śmiechem. Ola przewróciła oczami tak mocno, jakby chciała zobaczyć własny mózg. Bartek już nagrywał, bo oczywiście jego zdaniem każda katastrofa stawała się lepsza, jeśli dało się ją wrzucić do internetu.

Wtedy światła w szatni przygasły. Drzwi szafy zatrzasnęły się z hukiem, podłoga zadrżała, a z wnętrza mebla dobiegł głuchy, metaliczny zgrzyt. Sekretarka przez szkolne głośniki oznajmiła swoim niepokojąco spokojnym głosem:

– Uwaga. Dziesięć minut do końca przerwy. Osoby, które nie wrócą na lekcję, proszone są o kontakt z dyrekcją.

Szafa poruszyła się sama. Najpierw o centymetr. Potem o drugi.

I zanim ktokolwiek zdążył powiedzieć cokolwiek mądrego, zaczęła wsuwać się w ścianę razem z nimi.