Astromiasto na Księżycu

Tymek i Lena wyłapują tajemnicze sygnały między kopułami Astromiasta. Za zamkniętymi drzwiami czeka coś, czego nie powinno tam być.

Tymek miał trzynaście lat i jedno ulubione słowo: „sprawdzić”. W Astromieście, największej ludzkiej kolonii na Księżycu, miał co sprawdzać niemal codziennie. Raz były to ruchome tunele transportowe, raz komory z roślinami, a czasem po prostu nowe zakamarki szkoły, która bardziej przypominała stację badawczą niż zwykły budynek.

Tego ranka wszystko wydawało się znajome, ale odrobinę dziwne. Grawitacja była słabsza niż zwykle, więc uczniowie sunęli po korytarzach zbyt lekko, jakby ktoś podmienił im buty na poduszki powietrzne. Nauczycielka matematyki tylko westchnęła, kiedy dwóch chłopaków odbiło się od ściany przy szafkach.

— Jeszcze raz i zapisuję uwagę — powiedziała, nawet nie podnosząc głosu.

Po lekcjach Tymek od razu pobiegł do szklarni. Tam zawsze było ciszej. W rzędach hydroponicznych pojemników rosły pomidory, bazylia i coś, co wyglądało jak fioletowa sałata. Pod przezroczystą kopułą srebrzył się pył na kraterze Kopernik, jakby księżyc właśnie przed chwilą otrzepał ramiona ze snu.

Lena już tam była. Stała przy nawilżaczach i ostrożnie podlewała rzodkiewki, które uparcie chciały rosnąć w dziwnym, ukośnym kierunku.

— Słyszałaś, co tata znalazł? — zapytał Tymek, pochylając się nad stołem z sadzonkami.

Lena spojrzała na niego znad liści.

— Mówił o sygnałach. Takich, których nie powinno być poza kopułami. Myślisz, że to awaria?

— Tata nie brzmiał jak ktoś, kto uważa to za zwykłą awarię.

Lena zmarszczyła nos.

— To co wtedy?

Tymek wzruszył ramionami, ale nie odrywał wzroku od swojego komunikatora. Od rana co kilka minut wracało w nim to samo niskie, dudniące buczenie. Niby ciche, niby prawie zagłuszane przez wentylację, a jednak uporczywe, jakby coś wołało spod podłogi.

— Idziemy sprawdzić — powiedział w końcu.

Strefa B leżała dalej niż zwykle chodziły dzieci po lekcjach. Między hangarami i laboratoriami kręciło się mało ludzi, a po metalowej posadzce niósł się słodkawy zapach syntetycznego kakao z kantyny. Tymek jednak prawie tego nie czuł. Szedł szybciej, z każdym krokiem wyłapując mocniejsze wibracje w ścianach.

Lena nagle przystanęła.

— Słyszysz?

Tymek kiwnął głową. Buczenie dochodziło teraz wyraźnie zza dwóch najstarszych kopuł, tam, gdzie korytarz zwężał się i kończył przy drzwiach z wyblakłym napisem: „Strefa Techniczna — Wstęp wzbroniony”.

Ostrożnie podeszli bliżej. Lena przyłożyła ucho do chłodnego metalu, po czym odskoczyła.

— Coś tam jest — wyszeptała. — I się rusza.

Tymek poczuł, jak serce zaczyna mu walić szybciej. Sięgnął do klamki, ale drzwi otworzyły się same z cichym sykiem.

Za nimi ciągnął się wąski korytarz oświetlony bladoniebieskimi lampami. Na końcu migał czerwony panel sterowania, a obok niego, w ciemniejszym narożniku, przesunął się jakiś cień.

Tymek złapał Lenę za rękę.

— Chodź — szepnął.

Zrobili razem kilka kroków. Wtedy wszystkie światła zgasły.

W ciemności rozległ się spokojny, metaliczny głos:

— Identyfikacja wymagana. Podajcie kod dostępu.