Bąbelkowy dzień pana Kapelusza

Pan Kapelusz i Fafik znajdują w ogrodzie dziwne bąbelki. Gdy największy z nich połknie Fafika, ogród nagle staje się bardzo dziwnym miejscem.

Pan Kapelusz był znany w całym miasteczku, bo jego ogromny, kolorowy kapelusz widać było z daleka. Chodził w nim nawet po ogrodzie, a pies Fafik, zamiast szczekać, parskał cichym śmiechem i zawsze pierwszy wpadał na psoty.

Tamtego ranka pan Kapelusz otworzył drzwi na taras, spojrzał na grządki i stanął jak wryty.

Po całym ogrodzie latały bąbelki. Nie takie zwykłe, mydlane. Te były wielkie jak jabłka, małe jak groch, a jeden był tak śliski i przejrzysty, że wyglądał jak galaretka w kolorowe kropki. Unosiły się nad trawą, tańczyły między krzakami i odbijały słońce tak mocno, że aż mrużyły się oczy.

Fafik zapiszczał z zachwytu, podskoczył raz, drugi i pomknął za najbliższym bąbelkiem. Łapał go pyskiem, potem łapką, a potem znowu pyskiem, bo uznał, że to najwesoła zabawa świata.

Wtedy pan Kapelusz zobaczył największy bąbelek. Wisiał tuż nad stokrotkami i rósł, rósł, rósł, aż był większy niż piłka do skakania.

Ale Fafik już skoczył.

Bąbelek drgnął, zrobił ciche: puuuf, i nagle zamknął Fafika w środku. Piesek mignął przezroczystym cieniem, zamachał łapkami i... bąbelek zaczął powoli unosić się nad ogród, prosto ku niebu.