Blamaż na Olimpiadzie Żartów

Czworo licealistów trafia do absurdalnego konkursu, który zaczyna się jak głupi żart, a kończy przy drzwiach, za którymi czeka coś dużo większego.

Szkoła nr 17 na szarym przedmieściu Warszawy nie miała zwyczaju trafiać na szkolne podium. Jeśli już komuś zdarzało się wygrać konkurs, to świętowano to tak, jakby do stołówki dowieźli darmową pizzę. Nic więc dziwnego, że gdy pani Szymańska weszła do klasy 2f z ulotką na jaskrawożółtym papierze, nikt nie potraktował tego jak zwiastunu czegokolwiek poważnego.

– Kto zgłasza się do Olimpiady Żartów? – spytała bez wstępu. – Potrzebuję czterech osób. I zgłoszenia są dziś do końca lekcji.

Zapadła cisza, jakby ktoś wyłączył dźwięk w całej klasie. Marcin w tej samej chwili przestał chrupać chipsy. Basia uniosła wzrok znad zeszytu i wyglądała, jakby właśnie usłyszała coś, co da się wykorzystać przeciwko światu. Krzysiek ścisnął kalkulator tak mocno, jakby od tego zależało jego życie, bo za godzinę miał klasówkę z matmy. Z tyłu, pod oknem, Kinga odezwała się swoim niskim, zaskakująco spokojnym głosem:

– Ja.

Pani Szymańska skinęła głową, jakby dokładnie tego się spodziewała.

– Świetnie. Jeszcze troje.

Basia pierwszy raz tego dnia uśmiechnęła się pod nosem.

– Ja też idę. Ale tylko jeśli nikt nie będzie mi wciskał tekstów z kartki.

Marcin wzruszył ramionami.

– Skoro już mamy robić z siebie idiotów, to przynajmniej w zespole.

Krzysiek spojrzał na nich, potem na panią Szymańską, a na końcu na swój kalkulator, jakby szukał w nim odpowiedzi. Nie znalazł, więc westchnął.

– Dobra. I tak nie mam nic lepszego.

Pani Szymańska podała im ulotkę i zanim zdążyli przeczytać drobny druk, zamknęła dziennik pod pachą.

– Spotkanie organizacyjne dzisiaj o siedemnastej trzydzieści. W podziemiach szkoły.

– W których podziemiach? – spytała Basia.

– W tych, o których nikt nie mówi na głos – odpowiedziała nauczycielka i wyszła.

Po lekcjach czwórka stanęła przed ciężkimi drzwiami schronu, zwykle zaryglowanymi i obklejonymi zakazami. Tym razem były uchylone, a z dołu dobiegał zapach kawy, bekonu i czegoś jeszcze, czego nikt nie potrafił nazwać, ale wszyscy natychmiast uznali za podejrzane.

Schodzili coraz niżej, aż korytarz zrobił się wąski i zimny, a ściany zaczęły świecić mozaiką z kubeczków po jogurtach. W sali na końcu siedzieli już inni uczestnicy: chłopak w smokingu z miną człowieka, który przyszedł tu z własnej woli tylko po to, żeby potem żałować, i dziewczyna z włosami zielonymi jak rozpuszczony lizak. Na środku stał stół zawalony puzzlami, mikrofonem i talerzem z bekonem.

Nagle światła przygasły. Z cienia wyszedł starszy pan w kapeluszu muchomora i garniturze w ogórki kiszone.

– Witajcie na Olimpiadzie Żartów! – zawołał, rozrzucając konfetti tak, jakby właśnie ogłaszał koniec świata. – Zanim zaczniemy, powiem tylko jedno: to nie jest konkurs na najśmieszniejszy dowcip. To konkurs na przetrwanie własnego poczucia humoru.

Basia szturchnęła Marcina łokciem. Krzysiek wyglądał, jakby chciał zniknąć w podłodze. Kinga już wyciągała z plecaka wielką gumową kaczkę.

– Pierwsze zadanie czeka za tymi drzwiami – oznajmił konferansjer, wskazując na ciemny korytarz po drugiej stronie sali. – Dostaniecie po kawałku bekonu na odwagę. Potem zobaczymy, kto umie się śmiać, kiedy nie ma z czego.

Drzwi za nim uchyliły się same.

I z wnętrza dobiegł dźwięk, którego nie powinno być w żadnej szkolnej piwnicy: coś pomiędzy śmiechem a czyimś powolnym, ostrzegawczym oddechem.