Bractwo Nocy i Światło Lustrzanych Korytarzy

Siedemnastoletnia Lena trafia do zamkniętego skrzydła starego liceum, gdzie za pękniętymi lustrami czeka świat, który zna jej imię.

Lena zawsze miała wrażenie, że noc oddycha inaczej niż dzień. Wtedy dźwięki cichły, a miasto przestawało udawać, że wszystko ma swoje miejsce. Tej nocy wracała do internatu przez pusty dziedziniec starego liceum, z kołnierzem kurtki podniesionym pod chłodny, wilgotny wiatr. Deszcz już minął, ale na płytach chodnika wciąż błyszczały kałuże, w których latarnie drżały jak rozlane złoto.

Powinna była obejść południowe skrzydło. Wszyscy omijali je od lat. Krążyły o nim różne historie: że prowadzi do zapomnianych piwnic, że ściany pamiętają głosy dawnych uczniów, że za jednym z murów otwiera się przejście, którego nie da się znaleźć dwa razy. Lena słyszała te opowieści tyle razy, że powinny były przestać na nią działać. A jednak coś ją dziś ciągnęło właśnie tam, w ciemność między cegłami a pękniętymi oknami.

Znalazła drzwi dopiero po kilku minutach, ukryte za zarośniętym fragmentem muru. Stare drewno było mokre i śliskie, pokryte zielonkawym nalotem. Gdy pchnęła je ramieniem, ustąpiły z jękiem tak przeciągłym, że Lena odruchowo wstrzymała oddech.

W środku uderzył ją chłód. Nie zwykły, piwniczny, ale taki, który wślizguje się pod skórę i zostaje tam na dłużej. W powietrzu wisiała wilgoć, metaliczny zapach i coś jeszcze, trudnego do nazwania, jakby przed chwilą przetoczył się tędy wyładowany burzą prąd. Wyjęła telefon, włączyła latarkę i natychmiast pożałowała. Smuga światła zamiast rozproszyć mrok, rozcięła go tylko na głębsze, bardziej niespokojne cienie.

Po prawej stronie zobaczyła ścianę obitą pękniętymi lustrami. Jedne były zamglone, inne poszarzałe, wszystkie popękane jakby od środka. Lena zatrzymała się przed nimi i dopiero po chwili zorientowała się, że patrzy na własne odbicie.

Tyle że odbicie nie było jej wierne.

Ona stała nieruchomo, z zaciśniętą szczęką i telefonem w dłoni. Dziewczyna w lustrze miała lekko uniesione kąciki ust, jakby wiedziała coś, czego Lena jeszcze nie zdążyła pojąć. Wpatrywała się prosto w nią, zbyt uważnie, zbyt spokojnie.

Za plecami Leny rozległ się cichy śmiech. Krótki. Urwany. Potem ciężki krok na kamiennej posadzce.

Zamarła.

Kolejny krok. Ktoś był już bardzo blisko. Lena powoli odwróciła głowę, ale zanim zdążyła zobaczyć cokolwiek poza rozmazanym cieniem w końcu korytarza, jej odbicie uniosło dłoń i przywołało ją jednym, powolnym ruchem palców.

Drzwi za nią trzasnęły z hukiem.

Telefon zamrugał, światło przygasło, po czym rozbłysło ponownie tak słabo, że bardziej pokazywało mrok, niż go rozpraszało. Z luster zaczęły dobiegać szepty. Najpierw pojedyncze, potem coraz gęstsze, nakładające się na siebie, jakby ktoś mówił tuż przy jej uchu z wielu stron naraz.

Lena ruszyła przed siebie, bo w tej chwili nie miała już wyboru. Każdy krok odbijał się echem od wąskich ścian, a korytarz zdawał się wydłużać przy każdym oddechu. I wtedy zobaczyła go.

Michał stał kilka metrów dalej, nieruchomy, blady w migotliwym świetle. Z jej klasy zniknął trzy tygodnie temu i od tamtej pory nikt nie umiał powiedzieć, gdzie przepadł. Teraz patrzył w jedną z lustrzanych tafli, jakby słyszał coś, czego ona jeszcze nie słyszała. Tyle że jego odbicie nie zgadzało się z nim ani o sekundę. Poruszało się odrobinę za wolno, z niepokojącym opóźnieniem, jak cień, który nie potrafił dotrzymać mu kroku.

Lena poczuła, że posadzka pod nogami lekko drży. Powietrze zafalowało.

Z najbliższego lustra wysunęła się trzecia postać. Starsza kobieta, wysoka i prosta, z włosami srebrzącymi się jak pył księżyca. W jej oczach migały drobne iskry, zbyt jasne, by należały do zwykłego człowieka.

Spojrzała najpierw na Lenę, potem na Michała.

Na końcu korytarza coś cicho stuknęło od wewnętrznej strony lustra.