Saga o rodzeństwie wikingów, które podczas sztormu natrafia na coś obcego na brzegu fiordu i nie zdąża zrozumieć, co obudziło się w ciemności.
Wieczór spadł na fiord ciężko i nagle, jak żelazna tarcza opuszczona na świat. Nad Skjoldheimem wisiały purpurowo-szare chmury, a wiatr rwał z klifów sól i chłód, wciskając je między kamienie plaży. Einar stał nieruchomo przy linii wody, wpatrzony w fale, które co chwilę z hukiem rozbijały się o brzeg. Obok niego kucała Runa, zgarbiona nad ciężkim workiem z przynętą na kraby, z nożem z kości wieloryba w dłoni, jakby sama metalowa klinga mogła odgonić to, co czuło się w powietrzu.
Nie przyszli tu łowić. To była tylko wymówka, żeby wyjść z osady bez pytań starszych i bez spojrzeń strażników przy łodziach. Einar od kilku nocy budził się po tym samym dźwięku: niskim, przeciągłym zgrzycie, jakby ktoś na dnie zatoki ciągnął po skale łańcuch dłuższy od masztu. Runa najpierw mu nie wierzyła. Potem usłyszała to sama. Od tamtej chwili żadne z nich nie potrafiło wrócić do snu.
— Słyszysz? — Runa uniosła głowę, a w jej głosie nie było już ironii, tylko napięcie. — To nie morze.
Einar miał odpowiedzieć, lecz wtedy nad wodą pękł biały błysk. Na horyzoncie, tam gdzie niebo stykało się z ciemnym pasmem fal, pojawił się ogień. Nie ognisko. Nie pochodnia. Coś większego, obcego, zbyt nieruchomego jak na wzburzone morze. Chwilę później między grzbietami fal wynurzył się zarys łodzi, smukłej i czarnej, lecz niepodobnej do żadnego drakkara, jaki widział. Jej burta zdawała się pić światło burzy.
W tej samej chwili fala wyrzuciła na piasek mały kuferek obity ciemnym metalem. Upadł między nimi bez plusku, jakby morze samo nie chciało dotknąć tego przedmiotu. Einar przykucnął pierwszy. Gdy położył dłoń na wieku, po jego ramieniu przebiegł lodowaty dreszcz. Runa cofnęła się o krok, ale nie odwróciła wzroku.
Wieko ustąpiło z cichym trzaskiem. Spod szczeliny wypłynęło niebieskie światło, ostre i zimne jak blask spod lodu, a wraz z nim szept, którego żadne z nich nie znało. Einar uchylił skrzynię szerzej — i w tej samej chwili nad fiordem rozdarł się grzmot tak potężny, że plaża zadrżała pod ich stopami.
Na wodzie łódź ruszyła prosto ku nim.