Siedemnastoletni Leif tropi ślad starej legendy, a zimowa wyprawa z Freyą i Gunnarem prowadzi go do groty, w której coś czeka w ciemności.
W Valdyrfjord poranki potrafiły być tak ciche, jakby sam świat wstrzymywał oddech. Śnieg wygładzał zbocza, skuwał kamienie i tłumił kroki, a zamarznięty fiord leżał pod klifami nieruchomo, ciężki i ciemny jak stal pod cienką warstwą lodu.
Leif stał na urwisku z twarzą wystawioną na mróz. Wilcza peleryna chroniła go tylko częściowo, bo wiatr i tak wdzierał się pod spód, szczypiąc skórę. Przy pasie miał nowy topór, dar od ojca na siedemnaste urodziny. Ostrze było jeszcze nienadgryzione walką, zbyt czyste, zbyt młode jak na rękę, która miała je nosić.
Od kilku dni w osadzie krążyła jedna opowieść. Stary handlarz, którego nikt wcześniej nie znał, rozgrzewał przy ogniu obce dłonie i mówił, że nad zatoką, głęboko w skale, śpi coś starszego niż pamięć ludzi. Nie mówił tego jak bajki dla dzieci. Mówił cicho, z uporem, jak ktoś, kto widział za dużo, by kpić z własnych słów.
Leif próbował o tym nie myśleć. Nie wychodziło mu to ani w dzień, ani w nocy. W snach widział lodowe smoki, rozszarpane niebem cienie i znaki wydrapane w lodzie ostrzem, którego nikt nie powinien był trzymać w dłoni. Budził się z sercem bijącym jak młot kowala i przez chwilę nie umiał odróżnić snu od zimnej izby.
Tego ranka czekał już przy skraju lasu na Freyę i Gunnara. Freya przyszła pierwsza, z łukiem przewieszonym przez ramię i spojrzeniem, które zawsze trafiało prosto w cel, zanim padło pierwsze słowo. Gunnar zjawił się chwilę później, szeroki w barach, z twarzą zaczerwienioną od mrozu i rękami, które mogłyby rozłupać pień na dwa uderzenia.
Mieli iść na polowanie. Tak przynajmniej powiedzieli w osadzie. Ale nikt z nich nie udawał, że chodzi tylko o ślady jeleni.
Las przyjął ich matową bielą i skrzypieniem gałęzi. Świat zwęził się do śladów na śniegu, oddechu zamieniającego się w parę i oddalonego szumu morza, który docierał spomiędzy drzew jak ostrzeżenie. Im dalej szli, tym cisza stawała się gęstsza. Nawet ptaki zniknęły.
Gdy dotarli do urwiska nad zatoką, wiatr urwał się nagle, jakby coś po drugiej stronie skały go uciszyło. Przed nimi czerniała wąska szczelina w białej ścianie lodu i kamienia. Wejście do groty.
Leif poczuł, jak z chłodem w żołądku miesza się coś jeszcze: strach, ciekawość, a może oba naraz. Gunnar uniósł pochodnię. Freya napięła cięciwę.
Z wnętrza groty dobiegł ich dźwięk. Nie wiatr. Nie echo.
Rytmiczne uderzenie, powolne i głuche, jakby pod lodem biło czyjeś serce.