Chronomistrzowie: zegar bez czasu

Troje przyjaciół trafia na ukryty zegar zdolny przecinać czas. W ciemnej piwnicy biblioteki nie są jednak sami.

Cisza miejskiej biblioteki miała w sobie coś nienaturalnego. Nie była spokojem, tylko napięciem rozciągniętym między regałami, kurzem i zapachem starych kart, który wchodził do płuc jak wspomnienie cudzych lat. Lena, Filip i Michał od kilku tygodni wracali tu po zmroku, kiedy czytelnia pustoszała, a archiwum zdawało się oddychać własnym, powolnym rytmem. Szukali śladów rodzinnych sekretów, zapisków o relikwiach, zaginionych mechanizmach i wszystkim, co przez lata uczyniono niewiarygodnym tylko dlatego, że było zbyt stare.

Tego popołudnia światło przechodzące przez witraże rozlewało się po stołach w ostre, kolorowe plamy. Lena przesunęła palcami po spękanej okładce księgi zatytułowanej „Czas i jego złodzieje” i poczuła pod palcami coś twardego. Z kart wypadł niewielki, ciężki klucz.

— Chyba właśnie znaleźliśmy coś, czego nie powinniśmy — powiedziała cicho.

Filip zniknął między półkami szybciej, niż zdążyła dokończyć zdanie. Po chwili odnalazł w ścianie wąskie, niemal niewidoczne drzwiczki ukryte za rzędem encyklopedii. Michał, zwykle pierwszy do obalania każdej sensacji, tym razem tylko patrzył, jak Lena bierze klucz do ręki. Pasował od razu. Zamek ustąpił z suchym kliknięciem, a za drzwiczkami odsłoniły się strome schody prowadzące w dół, w ciemność gęstą jak atrament.

Piwnica nie przypominała żadnego magazynu ani archiwum. Był tam okrągły pokój, a pośrodku niego stał ogromny zegar, wyższy od człowieka, z obudową pokrytą znakami, których nikt z nich nie potrafił odczytać. Tryby poruszały się bezszelestnie, wskazówki przesuwały się po tarczy niezgodnie z jakąkolwiek znaną godziną, jakby mierzyły coś zupełnie innego niż czas. Cienie na ścianach drżały niespokojnie, a w jednym z rogów, tam gdzie światło ledwie dosięgało kamienia, stała postać w czarnym płaszczu.

Nikt nie słyszał jej kroków. Nikt nie widział, kiedy weszła.

— To nie jest cień — wyszeptał Michał.

Zegar odpowiedział mu głuchym uderzeniem. Mechanizm zadrżał, tryby przyspieszyły z niepokojącym świstem, a spod podłogi wystrzeliły smugi światła, oplatając ich kostki, kolana, nadgarstki. Drzwi za plecami zatrzasnęły się z hukiem, odcinając drogę ucieczki. Postać w płaszczu uniosła dłoń, jakby czekała właśnie na ten moment, a tarcza zegara nagle zatrzymała się na nieprawdopodobnej godzinie, której żadne z nich nigdy wcześniej nie widziało.