Na opuszczonej stacji Erebos, ukrytej w mgle Oriona, Martyna i Oskar trafiają na sygnały, których nikt nie powinien odbierać. Im głębiej wchodzą, tym mniej rzeczy zgadza się z rzeczywistością.
Martyna i Oskar dotarli na stację badawczą Erebos po trzech dniach lotu przez mleczne pyły mgławicy Oriona. Z daleka konstrukcja wyglądała jak wypalony wrak przytwierdzony do czerni, ale kiedy prom zadokował, kadłub odpowiedział krótkim drżeniem, jakby coś wewnątrz wciąż pracowało. Ich zadanie było proste tylko na papierze: sprawdzić sygnały, które od tygodni rozrywały łączność między Ziemią a pobliskimi koloniami.
Po wyjściu z luku przywitała ich cisza tak gęsta, że Martyna odruchowo ściszyła własny oddech. Korytarze Erebosa tonęły w półmroku; światła zapalały się na ułamek sekundy, po czym gasły, zostawiając po sobie nierówny, zimny puls. Pod butami chrzęścił pył, a ściany mijały ich obojętnie, choć nie do końca pusto. Na panelach i przy framugach ciągnęły się poszarpane napisy, jakby ktoś zostawiał ostrzeżenia, po czym natychmiast je skreślał, poprawiał, szarpał w pół zdania. Oskar co chwila zerkał na skaner życia. Wskazania przeskakiwały bez ładu: zero, znowu zero, potem nagły skok, zbyt krótki, by był błędem, zbyt wyraźny, by go zignorować.
W centrum dowodzenia znaleźli dziennik głównego naukowca. Ekran był pęknięty, ale ostatni zapis dało się odczytać bez trudu: "Jeśli to znajdziesz, nie idź...". Martyna zdążyła tylko unieść wzrok znad monitora, gdy stacja zadrżała. Światła rozjarzyły się naraz, ostre jak cięcie, a z głębi najdalszego korytarza dobiegł dźwięk ciężkich, powolnych kroków. Nie brzmiały jak echo. Brzmiały, jakby ktoś naprawdę szedł w ich stronę.