Siedemnastoletnia Lena odkrywa w swoim bloku klucz, który nie powinien istnieć. Gdy na klatce schodowej gaśnie zwykłość, ktoś jeszcze zaczyna polować na drzwi, których nikt nie otwierał.
Lena miała wrażenie, że jej życie od dawna toczy się gdzieś obok niej. Miasto było szare, głośne i aż za bardzo przewidywalne, jakby ktoś zawinął je w ten sam papier na wszystkie dni. Wysoki blok z krzywo odchodzącymi literami numeru na elewacji znała lepiej niż własny pokój: identyczne klatki schodowe, te same trzaskające domofony, ci sami sąsiedzi mijani bez słowa. Tego wieczoru jednak coś w tym porządku pękło. Na trzecim piętrze paliło się światło, choć o tej porze zawsze było ciemno.
Wracała późno z lekcji, przechodząc przez pusty skwer i kałuże, w których odbijały się latarnie. Znała każdy szczegół tej drogi, skrzypnięcie poręczy przy czwartym stopniu, pęknięcie w tynku obok skrzynki na listy, plamę po kawie na ścianie, której nikt nigdy nie zmył. Kiedy weszła na drugie piętro, zatrzymała się gwałtownie. Na ścianie tańczył cień, długi i niemożliwie ostry, jakby coś wisiało tuż poza zasięgiem wzroku. Lena podeszła bliżej, gotowa już uznać to za figle światła, ale na haczyku przy poręczy zwisał metalowy klucz. Stary, ciężki, pokryty rdzą, jakby leżał latami w wilgotnym miejscu, choć ona przysięgłaby, że jeszcze rano go tam nie było.
Przy kluczu ktoś przykleił małą kartkę. Na pożółkłym papierze, równym, stanowczym pismem, widniało tylko jedno zdanie: czasem wystarczy otworzyć drzwi. Lena dotknęła metalu i poczuła zimno tak nagłe, że aż cofnęła rękę. W tej samej chwili z dołu klatki dobiegł cichy trzask. Ktoś wszedł do środka, chociaż drzwi wejściowe powinny być zamknięte. Lena wstrzymała oddech, zacisnęła palce na kluczu i odwróciła głowę w stronę korytarza. Na jego końcu stały drzwi, których nikt od lat nie otwierał. Były uchylone o dosłownie kilka centymetrów.
Za nią rozległ się drugi krok.