W mieście ze szkła, zawieszonym w mgłach północy, Lara, Kasper i Miira trafiają na klucz, który otwiera drzwi do dawno zamkniętej prawdy.
Na dalekiej północy, gdzie dzień nigdy nie gasł całkiem, stało miasto zbudowane ze szkła. Z bliska było chłodne, ostre i niepokojąco kruche, lecz z oddali jarzyło się jak miraż: wieże łapały blade światło, mosty drżały nad wodą, a mgła oplatała wszystko tak szczelnie, jakby chciała ukryć miasto przed światem. Kartografowie przez lata omijali je na mapach. Nazywali je miejscem, do którego lepiej nie wracać. Dla Lary, Kaspra i Miiry było po prostu domem.
Lara od dawna miała wrażenie, że Szklane Miasto oddycha własnym rytmem. Nocami budziło ją ciche dzwonienie, jakby ktoś stukał od wewnątrz w ściany jej pokoju. Czasem, zanim otworzyła oczy, widziała na suficie przesuwające się cienie, zbyt wolne, by należeć do ludzi. Kasper twierdził, że to tylko gra światła i zmęczenie. Zawsze mówił tonem kogoś, kto chce rozbroić cudzą panikę faktami. Miira nie kłóciła się z nim, tylko coraz częściej otwierała swój notes, zapisując nowe legendy o Szklanym Ludzie i starych przejściach pod miastem. Lara śmiała się z tych zapisów tylko wtedy, gdy nikt nie patrzył.
Tamtego wieczoru mgła przyszła znad jezior wcześniej niż zwykle. Była gęsta, mleczna, niemal lepka, a światła uliczne rozpływały się w niej jak pod wodą. Lara wracała do domu, gdy coś błysnęło przy progu jej okna. Na parapecie leżał mały szklany klucz. Nie pasował do żadnego zamka w jej pokoju, a jednak od razu poczuła, że nie powinien tu być. Był lodowaty, ale po chwili w jej dłoni zaczynał pulsować ciepłem. Na gładkiej powierzchni odbijało się wieczorne niebo, choć słońce już dawno schowało się za mgłą.
Kasper pierwszy zauważył wyryty na nim znak. Pobladł tylko na moment, po czym odwrócił klucz tak, jakby chciał udowodnić sobie, że to zwykły kawałek szkła. Miira wydała z siebie krótki, urwany oddech. Symbol znała z pożółkłych map, które przeglądała w sekretnym archiwum pod biblioteką. Oznaczał Dolne Mieszkania, zamknięte przed niemal stu laty, jeszcze zanim ostatni kronikarze przestali o nich mówić.
Nie czekali do rana. Szklane schody prowadzące pod miasto skrzypiały cicho pod ich krokami, a z każdym poziomem mgła gęstniała, jakby ktoś powoli zamykał ich w środku. Im niżej schodzili, tym zimniej robiło się wokół, choć w tunelach nie było wiatru. Ściany drżały ledwie wyczuwalnie, jakby coś ogromnego poruszało się gdzieś pod nimi. Drzwi, do których pasował klucz, wyglądały jak część ściany, tak gładko wtapiały się w korytarz, że Lara minęłaby je bez wahania, gdyby nie nagłe, bolesne ukłucie w palcach.
Wsunęła klucz do zamka.
Metaliczny dźwięk przeciął ciszę. Coś cicho kliknęło, potem jeszcze raz, głębiej, jakby całe miasto odpowiadało na ten jeden ruch. Drzwi ustąpiły, a z wnętrza wypłynęło światło tak blade, że niemal czarne. W jego środku stała postać złożona z cienia i połyskujących smug, bez twarzy, lecz z oczami jasnymi i znajomymi aż do bólu.
Nad ich głowami rozległ się nagły trzask rozpryskującego się szkła. Podłoga zadrżała, a z korytarza dobiegł szept, tak cichy, że Lara musiała wstrzymać oddech, by go usłyszeć.
„To wy mieliście obudzić miasto... Ale czy jesteście gotowi poznać prawdę?”