Cień nad fiordem: Skuld i zaginione okno

Skuld prowadzi drużynę do opuszczonej twierdzy Stromvik, gdzie pradawne okno ma znać więcej niż powinno. W ruinach czeka coś, czego nie da się wyjaśnić rozsądkiem.

Kamienne mury Vargheim trzymały chłód starszy niż pamięć ludzi. Noc wciskała się w szczeliny jak dym, a wiatr z fiordu obierał twierdzy resztki ciepła. Skuld przysunęła dłonie do ognia, lecz czuła tylko wilgoć na skórze i napięcie, które nie chciało ustąpić.

Przy ławie siedzieli już pozostali: Gunnar, milczący jak ostrze przy pasie; Eirik, z tym swoim krzywym uśmiechem, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy powinien milczeć; oraz Halldis, prostująca plecy z niespokojną cierpliwością człowieka, który zbyt długo czekał na znak do drogi. Nikt nie mówił głośno o tym, po co się zebrali, ale wszyscy wiedzieli. W wiosce od tygodni ginęło bydło, a nocami ktoś widział ruch przy opuszczonej twierdzy Stromvik. Czasem ślad. Czasem cień. Czasem nic, poza wrażeniem, że coś patrzy z ciemności dłużej, niż człowiek powinien wytrzymać.

Starsi szeptali o oknie w samym sercu ruin. Pradawnym, wąskim, oprawionym runami tak starymi, że nawet kapłani nie umieli ich odczytać. Mówiono, że w noc przesilenia można przez nie dostrzec to, co było, i to, co dopiero nadchodzi. Skuld nie ufała takim opowieściom. Jej ojciec mawiał, że strach najłatwiej przywdziewa maskę legendy. A jednak tej nocy, gdy niebo wisiało nisko i ciężko nad fiordem, sama miała wrażenie, że coś czeka właśnie na nich.

Wstała pierwsza. Płaszcz zaszeleścił cicho, gdy poprawiła go na ramionach. Gunnar podniósł wzrok, a potem ujął ją za ramię, zanim zdążyła dojść do drzwi.

— Wciąż możesz zostać — powiedział niskim głosem.

Skuld spojrzała na niego bez słowa. Nie po to przyszła aż tutaj, by zawrócić przed progiem. Skinęła tylko głową, odsunęła dłoń Gunnara i wyszła w mgłę.

Ruiny Stromvik wyłoniły się z ciemności dopiero wtedy, gdy stanęli pod ich bramą. Kamienie były mokre, omszałe i popękane, jakby twierdza dawno temu przestała być miejscem dla żywych. Halldis naparła barkiem na zatarasowane skrzydło wrot, aż z wnętrza dobiegł głuchy jęk starego żelaza. Potem wszyscy weszli do środka.

Powietrze pachniało pleśnią, rdzą i czymś jeszcze, czego Skuld nie umiała nazwać. Kroki odbijały się od pustych sal, wracały do nich spóźnionym echem, jakby ruiny odpowiadały niechętnie na każde ich westchnienie. Wreszcie dotarli do komnaty, o której mówiono szeptem.

Okno było wąskie i wysokie, osadzone w kamieniu tak głęboko, jakby ktoś chciał je ukryć przed światem. Runy wokół ramy wiły się gęsto, ostre i niespokojne, jak ślady pazurów. Eirik przystanął pierwszy, zmrużył oczy i przechylił głowę.

Po drugiej stronie mignęło światło.

Nie było jasne ani ludzkie. Raczej blade, drżące, jakby rozpalone pod wodą. W tej samej chwili coś poruszyło się w głębi komnaty. Cichy szelest przesunął się po kamiennej posadzce, a potem na szybie wyciągnął się cień. Najpierw jeden. Potem drugi. Wysoki, nienaturalnie chudy, zbyt nieruchomy, by należeć do człowieka.

Halldis odruchowo cofnęła dłoń. Gunnar uniósł broń, ale nie zrobił kroku naprzód. Skuld poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła, a powietrze w komnacie gęstnieje z każdą sekundą.

Wtedy zza ich pleców dobiegł szept, tak bliski, że aż zimny:

— Nie wolno wam patrzeć przez to okno…