Jagna i Staszek idą nad Jezioro Białe szukać śladów bobrów, lecz wśród trzcin trafiają na coś, co nie powinno istnieć.
Była późna, cicha wiosna, kiedy Jagna po raz pierwszy namówiła młodszego brata, żeby poszli sami za wieś, w stronę boru i Jeziora Białego. Rodzice zabraniali im zapuszczać się tam po zmierzchu. Mówili o starych zwyczajach, o trzcinach, których nie wolno rozgarniać po zachodzie, i o wodzie, która lubi słuchać cudzych kroków. Jagna przewracała na to oczami, ale Staszek szedł obok niej z miną kogoś, kto bardziej niż strachu chciał przygody. Obiecała mu ślady bobrów, może szałas z gałęzi, a jeśli dopisze szczęście, historię godną opowiedzenia przy ognisku.
Las przyjęła ich chłodem i zapachem mokrej ziemi. Im bliżej jeziora, tym gęstsze stawały się paprocie, a światło dnia robiło się cięższe, jakby zahaczało o gałęzie starych dębów. Na brzegu woda leżała nieruchomo, tylko przy sitowiu drżała od czasu do czasu cienka fala. Jagna usiadła na omszałym korzeniu, Staszek zanurzył buty w zimnej toni i przez chwilę oboje milczeli, słuchając szelestu trzcin.
Pierwszy odezwał się Staszek.
— Patrz.
Na drugim brzegu coś przesunęło się między łodygami. Ciemny kształt był zbyt wysoki jak na zwierzę, zbyt smukły jak na człowieka. Jagna zmrużyła oczy, ale obraz tylko na moment wyłonił się z półmroku i zaraz zniknął. Nie było plusku. Nie było łamania gałązek. Tylko to dziwne, niemal ostrożne poruszenie, jakby ktoś stał po kolana w wodzie i pilnował, żeby ich nie spłoszyć.
— Widziałeś? — szepnęła.
Staszek skinął głową tak gwałtownie, że aż uderzył plecakiem o pień.
Wtedy z trzcin dobiegł cichy śmiech. Nie głośny, nie ludzki. Raczej suchy szept, który przeszedł po tafli jeziora i zgasł wśród liści. Jagna poczuła, jak skóra na karku robi jej się lodowata. Chwyciła brata za rękaw i już chciała powiedzieć, że czas wracać, kiedy woda tuż przed nimi poruszyła się bez wiatru.
Z ciemnej plamy pod sitowiem wyłoniła się blada dłoń. Smukła, mokra, nienaturalnie spokojna, jakby należała do kogoś, kto wcale nie tonie, tylko czeka. Palce uniosły się nad powierzchnią i z wolna zgięły, przywołując ich bliżej.
Staszek cofnął się o krok.
— Jagna…
Z trzcin przeciął ciszę ostry świst. W tej samej chwili tafla jeziora rozjarzyła się zielonkawym blaskiem, a coś wysokiego i ciemnego stanęło tuż za białą dłonią, zasłaniając ostatnie światło dnia.