Kiran, młody wilk, trafia na trop tajemniczych zniknięć w pradawnym lesie. Gdy dołącza do niego lisica Siona, oboje natrafiają na ślad, który nie powinien istnieć.
Noc w Lesie Tygrysim miała ciężar wilgotnej ziemi i coś jeszcze, czego nie dało się nazwać. Ciemność wciskała się między pnie, wślizgiwała pod korzenie i czekała w zaroślach, jakby sam las wstrzymywał oddech. Kiran szedł ostrożnie po wąskiej ścieżce, a srebrzyste futro na karku miał nastroszone. Każdy szelest liści brzmiał dziś zbyt głośno.
Od trzech dni zwierzęta znikały bez śladu. Najpierw młoda sarna znad strumienia. Potem dwa jeże, które rano miały wrócić do nor, a nie wróciły wcale. Zostawały po nich tylko poryte błoto, poszarpane paprocie i ten sam, niepokojący zapach: mokra mgła zmieszana z czymś spalonym, jakby ktoś przeszedł tędy z popiołem przyczepionym do sierści.
Przy wielkiej sośnie, gdzie księżyc przeciskał się przez gałęzie cienkimi smugami światła, czekała Siona. Lisica była niespokojna; jej ogon poruszał się nerwowo, a uszy drgnęły, gdy tylko Kiran wyszedł z cienia.
— Przy stawach widziałam ślady — powiedziała cicho. — Nie należały do nikogo, kogo znam. Za szerokie na wilka, za głębokie na niedźwiedzia. I jeszcze to... jakby ziemia była przypalona od środka.
Kiran nie odpowiedział od razu. Wciągnął powietrze i poczuł to samo, co ona. Coś obcego. Coś, co nie pasowało do lasu. Uniósł głowę ku ciemnym koronom drzew, gdzie wiatr szeptał niespokojnie między igłami.
Ruszyli razem, ostrożnie mijając gęste paprocie i omszałe głazy. Z każdym krokiem cisza stawała się bardziej napięta, jak cienka skóra naciągnięta nad czymś ukrytym i niebezpiecznym. Stawy były już blisko.
Wtedy z trzcin dobiegł krótki, przenikliwy wrzask.
Siona stanęła jak wryta. Kiran odwrócił łeb w stronę dźwięku, a jego uszy napięły się do granic bólu. Mgła, dotąd nieruchoma, poruszyła się nagle między łodygami. W wysokich trzcinach zamigotały dwa blade punkty, zbyt nieruchome, zbyt świadome.
Oczy, które nie należały ani do wilka, ani do lisa.