Kacper i jego przyjaciele odkrywają nowe zdolności, a wokół ich szkoły pojawia się ktoś, kto najwyraźniej wie o nich więcej, niż powinien.
Wieczorem, gdy po wiosennym deszczu kostka brukowa Starego Miasta lśniła jak szkło, Kacper przystanął przed oknem szkoły i zamarł. W szybie zobaczył swoje odbicie, ale obok niego drgała jeszcze druga obecność: purpurowa poświata, rozmazana i niespokojna, jakby ktoś rozpalił mgłę od środka.
Powinien się przestraszyć. Kilka tygodni temu pewnie uciekłby natychmiast. Teraz tylko zacisnął palce na pasku plecaka i spojrzał w mrok za własnym ramieniem. Ostatnio zbyt wiele rzeczy przestawało być zwyczajne.
Drzwi wejściowe huknęły o framugę.
Kacper! - Lena wpadła na korytarz z torbą zsuniętą z jednego ramienia. - Jesteś wreszcie.
Jestem. - Odpowiedział ciszej, niż planował. - Co się stało?
Chodź do biologicznej. Janek i Zuza już czekają.
Nie czekała, aż ruszy. Chwyciła go za rękaw i pociągnęła w głąb korytarza. W sali panował półmrok, tylko lampka na biurku rzucała żółte światło na twarze Janka i Zuzy. Janek siedział sztywno, obracając w palcach metalowy długopis. Co chwilę długopis unosił się nad jego dłonią na kilka centymetrów, po czym spadał z krótkim stukiem na blat. Zuza nawet nie odwróciła głowy - palcem przesunęła po stole, a ekran leżącego obok odtwarzacza sam przeskoczył o dwa utwory.
Lena rzuciła na stół telefon. Na zdjęciu migotała niewyraźna sylwetka na tle dachu starego szpitala. Pod nią jarzyła się czerwona smuga, zbyt ostra jak na zwykłe odbicie.
Janek skinął w stronę okna.
Kacper poczuł, jak zimno wspina mu się po karku.
Myślisz, że to ta sama osoba?
Nie wiem - odparła Zuza. - Ale jeśli tak, to wie o nas więcej, niż powinien.
W sali zapadła cisza. Kacper wiedział, o czym wszyscy myślą, choć nikt nie powiedział tego na głos: ich zdolności nie powinny istnieć. A jednak były z nimi od tygodni, dziwne, niepewne, coraz trudniejsze do ukrycia.
Lena oparła dłonie o stół.
Sprawdzimy to dziś wieczorem. Zanim zniknie.
Dziś? - Kacper uniósł wzrok. - Po tym, co było ostatnio?
Nie odpowiedziała od razu. Przez sekundę wyglądała na kogoś, kto już podjął decyzję i nie zamierza jej zmieniać.
Nie mieli więcej czasu na sprzeczki. Wyszli na pusty korytarz, gdzie echo kroków odbijało się od szafek i zamkniętych klas. Kacper czuł znajome mrowienie pod skórą, jakby purpurowa poświata z okna przeniosła się teraz do jego własnych żył.
Na zewnątrz noc była gęsta i wilgotna. Latarnie rozcinały ciemność tylko na wąskie pasy, a stary szpital stał na końcu ulicy jak ciemny, milczący blok. Okna na najwyższym piętrze były czarne. Wszystkie, poza jednym.
Tam, na dachu, nagle błysnęło niebieskie światło.
Czwórka nastolatków zastygła w miejscu. Nad krawędzią dachu pojawiła się postać w czarnym płaszczu. Stała nieruchomo, jakby czekała właśnie na nich. Kacper poczuł, że coś w nim drga i odpowiada na ten błysk, szybciej, mocniej, niebezpieczniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Postać odwróciła głowę. Nawet z takiej odległości Kacper był pewien, że patrzy prosto na nich.
Lena zrobiła pół kroku do przodu, ale Janek chwycił ją za rękaw.
Na dachu coś zalśniło w dłoni nieznajomego. Zuza wciągnęła powietrze.
W tej samej chwili niebo nad Starym Miastem przecięła druga, ostrzejsza od pierwszej smuga światła, a cień na dachu uniósł rękę dokładnie w ich stronę.