Szóstka przyjaciół wchodzi do opuszczonej Wieży Lunarnej w noc pełni. Zamiast ruin znajduje magię, której ktoś pilnie strzeże.
Mgła spływała na Veridian zaraz po zmroku, gruba i mleczna, jakby miasto próbowało samo przed sobą ukryć to, co pamiętało najlepiej. Za ruinami dawnych murów, na samym skraju zarośniętego wzgórza, czerniała Wieża Lunarna. Mieszkańcy mijali ją szerokim łukiem, zwłaszcza nocą. Dziś jednak niebo było czyste, a księżyc miał być pełny. To miała być ich noc.
Pod rozłożystym dębem czekało już sześcioro przyjaciół: Lena, która widziała więcej, niż mówiła; Dorian, wiecznie gotów obśmiać cudze lęki; Inga, karmiąca się legendami bardziej niż obiadem; bliźniaczki Mara i Nora, nieodłączne jak dwa ostrza jednego noża; oraz Armin, który od rana nie potrafił pozbyć się wrażenia, że coś ich woła.
Jeśli stara opowieść nie kłamie, dziś w nocy pokaże się świetlisty krąg na szczycie - powiedziała Inga cicho, jakby sama wieża mogła ją usłyszeć.
Albo po prostu wiatr odbije się od dziurawego dachu - mruknął Dorian, ale nie odsunął się ani o krok, kiedy ruszyli w stronę kamiennych schodów.
Bluszcz oplatał stopnie, a wilgoć sprawiała, że każdy ruch wydawał się zbyt głośny. Im wyżej wchodzili, tym cisza robiła się cięższa. Światło księżyca ślizgało się po popękanych murach i znikało w szczelinach, jakby kamień pił je łapczywie.
Mara zatrzymała się pierwsza. Na ścianie, tuż obok zardzewiałej framugi, połyskiwał znak wyryty w kamieniu: półksiężyc otoczony smugami mgły. Nie wyglądał jak ozdoba. Wyglądał jak ostrzeżenie.
Lena wyciągnęła rękę. Gdy dotknęła symbolu, pod opuszkami poczuła ciepło, które nie powinno istnieć w zimnym kamieniu. Najpierw ledwie wyczuwalne, po chwili pulsujące, żywe.
Z wnętrza wieży dobiegł cichy dźwięk, tak czysty, że bardziej przypominał oddech światła niż muzykę. Zamek zaskrzypiał. Drzwi, zaryglowane od lat, powoli uchyliły się same.
Za progiem nie było kurzu ani ciemności. Były spiralne schody i unoszące się w powietrzu jasne globy, migotliwe jak zamknięte w szkle gwiazdy. Armin przełknął ślinę i wszedł pierwszy.
Echo ich kroków rozlało się miękko po kamieniu. Z każdym stopniem blask stawał się silniejszy, a na ścianach pojawiały się kolejne znaki, pulsujące rytmem, którego żadne z nich nie znało.
Kiedy dotarli na najwyższy poziom, Lena odwróciła się jeszcze raz ku miastu. I wtedy zamarła.
Na dachu wieży stała postać w srebrzystym płaszczu. Twarz ginęła w cieniu kaptura, ale dłoń uniosła się wyraźnie, prosto w ich stronę. Pod stopami zatrzęsła się kamienna posadzka, a z wnętrza ścian dobiegł głuchy, narastający pomruk.