Cień nad Wieżą Szeptów

W mglistej części starego miasta Weronika, Marek i Lena wchodzą do Wieży Szeptów. W środku czeka na nich magia starsza, niż przypuszczali, i coś, co zaczyna odpowiadać na ich obecność.

Noc przykryła stare miasto srebrzystą mgłą, która wciskała się w brukowane uliczki i tłumiła kroki. Na końcu Alei Zgubionych Kroków, tam gdzie latarnie gasły jedna po drugiej, wznosiła się Wieża Szeptów. Wysoka, ciemna, obrośnięta starym bluszczem, wyglądała jak wyrwany z ziemi fragment innego świata.

Weronika, Marek i Lena stali przed nią dłużej, niż planowali. Każde z nich słyszało o wieży inne wersje tej samej historii: o głosach dochodzących spod schodów, o światłach pojawiających się bez źródła, o zaklęciach tak starych, że nikt już nie pamiętał ich sensu. Mimo to przyszli tutaj tej nocy, zbyt ciekawi, by jeszcze się wycofać.

– Na pewno chcemy to zrobić? – Lena zniżyła głos, jakby sama wieża mogła usłyszeć pytanie. Palce miała lodowate, choć oddech wciąż przyspieszał jej z emocji.

– Jeśli się cofniemy, nigdy się nie dowiemy, co tam jest – powiedział Marek i uniósł dłoń z kluczem znalezionym na strychu pradziadka. Metal był czarny, ciężki i zaskakująco ciepły, jakby trzymał w sobie czyjeś dawne życie.

Weronika spojrzała na drzwi. Pokrywały je runy i płytkie wyżłobienia przypominające splecione węże. Nie wyglądały jak ozdoba. Bardziej jak ostrzeżenie.

– Otwieraj – rzuciła cicho.

Klucz wszedł w zamek z niepokojącą łatwością. Drzwi ustąpiły po chwili z głuchym jękiem, jakby nikt nie otwierał ich od dziesięcioleci.

Wewnątrz uderzył ich chłód i zapach kurzu zmieszanego z czymś ostrzejszym, metalicznym. Zrobiło się tak cicho, że słyszeli własny oddech. Ich cienie przeciągały się po ścianach, wykrzywione i niespokojne. Portrety dawnych czarodziejek i magów patrzyły z ciemności zbyt uważnie, zbyt długo.

Na końcu korytarza, za zakrętem, zaczęło pulsować błękitne światło. Najpierw ledwie widoczne, potem coraz mocniejsze, jakby coś po drugiej stronie schodów budziło się ze snu.

Szli powoli, jeden za drugim. Każdy stopień odpowiadał suchym echem, a mimo to pod tym dźwiękiem czaiło się coś jeszcze. Szept. Ledwie słyszalny, urwany, jakby wieża próbowała wypowiedzieć ich imiona i za każdym razem z trudem je zapominała.

Na górze znaleźli główną komnatę. Pośrodku stało ogromne lustro, otoczone kręgami wyrysowanymi kredą i czymś ciemniejszym, co mogło być popiołem. Tafla nie odbijała pokoju tak, jak powinna. Migotała głębią, której nie dało się zmierzyć wzrokiem.

Marek zrobił krok naprzód.

Lustro odpowiedziało. Błękitny blask zgasł na moment, po czym rozjarzył się od środka, jakby coś po drugiej stronie właśnie otworzyło oczy. Z ciemnej tafli zaczęła wyłaniać się sylwetka człowieka.

Weronika wstrzymała oddech.

A wtedy lustro poruszyło się raz jeszcze i cichy głos, którego nie powinno tam być, wyszeptał prosto do ich uszu:

– Wreszcie przyszliście.