W lesach pod Gajowym Wzgórzem Lena i Michał trafiają na ślady czegoś, co nie powinno istnieć. Im głębiej wchodzą między drzewa, tym wyraźniej las daje im do zrozumienia, że nie są tu sami.
Zmierzch spadał na Wioskę pod Gajowym Wzgórzem szybciej, niż powinien. Las po drugiej stronie polany ciemniał z każdą minutą, a wiatr przesuwał się w koronach drzew z takim szelestem, jakby ktoś szeptał między gałęziami. Michał nie lubił tej drogi o tej porze. Zawsze miał wtedy wrażenie, że coś idzie tuż za nim, choć kiedy się odwracał, widział tylko pnie, mech i bladoniebieski cień.
Lena szła obok, przyciskając do piersi plecak wypchany notatkami, szkicami i zmiętymi stronami starych opowieści. Od tygodni mówiła tylko o jednym: że w lasach wokół wsi muszą zostać ślady dawnych słowiańskich istot. Chciała je znaleźć nie po to, żeby się popisać, ale żeby wreszcie zamknąć usta tym wszystkim, którzy śmiali się z jej legend.
– Wystarczyłby jeden pewny dowód – powiedziała cicho, poprawiając okulary. – Jedna rzecz, której nie da się zrzucić na dzikie zwierzę albo cudzy żart.
Michał już miał odpowiedzieć, kiedy stanął jak wryty. Na miękkim mchu, kilka kroków przed nimi, widniał ogromny odcisk. Nie był to ślad niedźwiedzia ani jelenia. Palce były zbyt długie, zbyt smukłe, prawie ludzkie, a na końcach ciemniały ostre pazury, które odcisnęły się głęboko w ziemi.
Lena przykucnęła natychmiast. Wyjęła zeszyt i latarkę, a jej dłonie, jeszcze przed chwilą pewne, lekko drżały.
– Leszy… – szepnęła. – W starych podaniach zostawiał ślady tylko wtedy, gdy chciał ostrzec albo zwabić.
W tej samej chwili las ucichł. Zamilkły ptaki. Nawet wiatr zniknął na moment, jakby ktoś przycisnął dłoń do ust całemu światu. Michał poczuł, że ma sucho w gardle. Na pniu obok śladu migały świeże nacięcia, ułożone w znaki przypominające runy, które widział kiedyś na lekcji historii, choć wtedy wydały mu się tylko szkolną ciekawostką.
– To nie jest przypadek – wyszeptała Lena.
Zza ich pleców dobiegło chrapliwe westchnienie. Potem rozległ się ciężki krok. I jeszcze jeden. Coś poruszyło się między drzewami, zbyt wysokie, by było człowiekiem, zbyt ciche, by było zwierzęciem. Michał chwycił Lenę za rękę.
– Biegnijmy.
Nie zdążyli zrobić ani kroku, bo z ciemności przed nimi wyłoniło się coś, co zagrodziło całą wąską ścieżkę.