Trzynastoletnia Lena wdrapuje się nocą do opuszczonego obserwatorium i odkrywa w sobie dziwny dar. W ciemności ktoś jeszcze ją obserwuje.
Noc dopiero się zaczynała, kiedy Lena wspięła się po skrzypiących, zardzewiałych schodach starego obserwatorium na wzgórzu. Tomek przysięgał, że to miejsce jest nawiedzone. Mówił też, że pod kopułą dzieją się rzeczy, których lepiej nie oglądać po zmroku. Lena zwykle śmiała się z jego opowieści, ale właśnie dlatego przyszła tu sama.
Na dachu wiatr pachniał wilgocią i starym kurzem. Miasto leżało niżej, rozlane światłami jak mapą z rozsypanych gwiazd. Lena oparła dłonie o chłodny mur i przez chwilę po prostu słuchała. Szum drzew, skrzypienie luźnej blachy, daleki klakson. Nic więcej. A potem rozległ się suchy trzask, tak nagły, że zesztywniała.
Schowała się za niski murek i wstrzymała oddech. Serce tłukło jej się w piersi, kiedy próbowała wypatrzyć cokolwiek w mroku. Tylko że ciemność nie była już zwykłą ciemnością. Lena poczuła dziwne mrowienie za oczami, jakby ktoś pociągnął za niewidzialną nić ukrytą głęboko w jej głowie.
Zamknęła powieki.
I wtedy świat pękł na kolory.
Nie takie, które znała. Cienie na dachu zapłonęły zimnym błękitem, powietrze przecięły srebrne linie, a każdy dźwięk nabrał kształtu, jakby noc nagle stała się czymś, co można dotknąć. Lena otworzyła oczy z zapartym tchem. W rogu dachu, przy antenie, stała postać, której przed chwilą tam nie było. Zbyt nieruchoma. Zbyt cicha.
Lena cofnęła się o krok. Czuła ją nie wzrokiem, tylko czymś głębiej, w środku, jakby mogła dosięgnąć tej obecności samą myślą. Postać poruszyła głową.
A potem zrobiła krok w jej stronę.