Ola, Igor i Weronika znajdują ukryte drzwi pod Wieżą Zegara w starym liceum. Schody prowadzą ich do miejsca, którego nie ma na żadnym planie, a za zamkniętymi drzwiami ktoś właśnie się porusza.
Stare liceum imienia Stanisława Lema stało w centrum Złotego Miasta jak budynek, który zbyt długo pamięta wszystko. Ceglane ściany, gdzieniegdzie oplecione bluszczem, trzymały w sobie chłód nawet w czerwcowe popołudnia. Nad dziedzińcem górowała Wieża Zegara - wysoka, surowa i tak znajoma, że uczniowie przestawali ją zauważać, dopóki nie rozbrzmiał dzwon kończący przerwę.
Ola, Igor i Weronika spotykali się pod wieżą niemal codziennie po lekcjach. Tego dnia szkoła była prawie pusta, korytarze ucichły, a w powietrzu wisiała ciężka, burzowa wilgoć. Rozmawiali krótko i bez przekonania, jakby każde z nich czekało na coś, czego jeszcze nie umiało nazwać.
Weronika pierwsza przerwała ciszę.
Wskazała na niewielkie stalowe drzwi z tyłu wieży. Były ukryte w cieniu muru, zardzewiałe i wyraźnie nieużywane od lat. Zamek wisiał przekrzywiony, jakby ktoś przed chwilą próbował go wyrwać.
Igor podszedł bliżej. - Przysięgam, że nigdy ich nie zauważyłem.
Ola przykucnęła i oświetliła próg ekranem telefonu. Na zakurzonej posadzce odcinały się świeże ślady butów. Obok leżała mosiężna klamka, za ciężka i za stara, żeby pasowała do zwykłych szkolnych drzwi.
Drzwi ustąpiły zaskakująco łatwo. Zawiasy jęknęły krótko, jakby budziły się z długiego snu.
Za nimi nie było żadnego schowka ani korytarza serwisowego, tylko wąskie schody prowadzące w dół. Kamienne ściany były wilgotne, miejscami zapisane wyblakłymi nazwiskami, datami i krótkimi zdaniami, których nie dało się już do końca odczytać. Pachniało kurzem, chłodem i czymś jeszcze - jakby starym papierem zamkniętym pod ziemią przez dziesięciolecia.
Schodzili coraz niżej, a każdy krok odbijał się głucho od ścian. Napięcie rosło z każdym oddechem. W końcu Igor zatrzymał się tak gwałtownie, że Weronika omal na niego nie wpadła.
Na końcu korytarza stały kolejne drzwi. Zamknięte. Za nimi rozległ się cichy szelest, jakby ktoś przesuwał coś ciężkiego po podłodze. Potem zapadła cisza tak nagła, że aż bolała.
Latarka telefonu Oli przecięła mrok i zatrzymała się na czymś przy ścianie. To było stare, pożółkłe zdjęcie. Trójka nastolatków stała na nim dokładnie w tym samym miejscu, w którym teraz stali oni. Mundurki, fryzury, twarze z innej epoki. Na odwrocie ktoś dopisał czerwonym ołówkiem datę: 14 czerwca 1972.
Za zamkniętymi drzwiami znów coś się poruszyło.
Igor spojrzał na dziewczyny, przełknął ślinę i położył dłoń na klamce.