W zapomnianej dzielnicy Koralowej Góry trójka nastolatków odkrywa w sobie dziwne moce. Wszystko zaczyna się pewnej zwyczajnej nocy, gdy nad dachami pojawia się coś, czego nie da się wyjaśnić.
Koralowa Góra po zmroku przypominała inne miasto tylko z daleka. Z bliska była plątaniną pękniętych chodników, zardzewiałych barierek i okien, za którymi gasły ostatnie światła. Tymek lubił te nocne spacery, choć nigdy nie umiał powiedzieć dlaczego. Miał wrażenie, że kiedy robi się ciemno, świat pokazuje mu tylko połowę tego, co naprawdę istnieje.
Tamtego wieczoru czekał na starym dachu nad pizzerią na Rogu Dobrej. Wiatr przemykał między kominami, a z ulicy dolatywał zapach pieczonego ciasta i mokrego asfaltu. Najpierw przyszła Anka, z książką w plecaku i rozbieganym spojrzeniem kogoś, kto zawsze zauważa za dużo. Zaraz po niej wspiął się Michał, prowadząc rower za kierownicę jakby nawet na dach nie mógł wejść bez niego.
– Coś jest nie tak – powiedziała Anka, zanim jeszcze zdążyli się przywitać.
– To bardzo precyzyjne wyjaśnienie – mruknął Michał. – Dzięki.
Nie żartowała jednak. Tymek też to czuł. Powietrze było dziwnie napięte, jak tuż przed burzą, tylko bez chmur. Latarnia przy narożniku ulicy zamigotała raz, drugi, po czym rozbłysła chłodnym, niebieskim światłem. Od tego blasku skóra Tymka aż zaswędziała.
– Widzieliście to? – Anka podniosła głowę.
Z ciemnego zaułka pod pizzerią dobiegł ich cichy szelest. Potem dźwięk, którego nie dało się do niczego porównać: jakby ktoś szeptał naraz kilkoma głosami, zbyt blisko, zbyt szybko, zbyt cicho, żeby cokolwiek zrozumieć.
Tymek spojrzał na własne dłonie. Na skórze, między palcami, przesunęły się cienkie smugi światła. Najpierw pomyślał, że to odbicie latarni. Tylko że światło nie odbijało się od niego. Ono reagowało.
Kiedy uniósł rękę, smugi poruszyły się za ruchem jego palców, jakby czekały na polecenie. Anka cofnęła się o krok, a potem zmrużyła oczy i dotknęła metalowej anteny przy murku. Przez ułamek sekundy zesztywniała, jakby coś w jej głowie właśnie przeskoczyło na właściwe miejsce.
– Ja… ja wiem, jak to działa – szepnęła, patrząc na popękany przewód biegnący obok dachu. – To nie powinno być takie proste.
Michał odwrócił się gwałtownie, bo wiatr uderzył go w twarz jak niewidzialna dłoń. Zamarł, a potem wyciągnął rękę przed siebie. Struga powietrza zafalowała i zawirowała wokół jego palców, jakby dało się ją chwycić i przesunąć.
– Dobra – wysapał. – To już nie jest normalne.
Z ulicy dobiegł głuchy huk. Dach pod ich stopami drgnął. Coś poruszyło się w cieniu kamienicy naprzeciwko, szybciej niż człowiek, zbyt płynnie, by mogło być tylko przechodniem.
Tymek poczuł, że światło na jego dłoniach gaśnie i zarazem gęstnieje, jakby zbierało się do skoku. Anka cofnęła się do krawędzi dachu. Michał wbił wzrok w mrok nad ulicą.
A wtedy z cienia przy ścianie zaczęło wspinać się coś, czego żadne z nich nie potrafiło nazwać.