Cień Przeszłości

Siedemnastoletni Michał, Zuza i Krzysiek odkrywają w podziemiach pod opuszczoną szkołą przejście, które nie powinno istnieć. Chwilę później lądują w obcym czasie, a ktoś rozpoznaje w nich zapowiedzianych przybyszów.

Podziemia pod opuszczoną szkołą miały opinię miejsca, do którego lepiej nie schodzić po zmroku. Dla Michała były jednak przede wszystkim świetnym schronieniem: bez telefonów, bez nauczycieli, bez ludzi, którzy mówili za dużo i za głośno. Tu można było myśleć. Tu wszystko brzmiało ciszej.

Tego wieczoru cisza była inna. Zbyt napięta. Za plecami miał Zuzię, która nigdy nie umiała przejść obok zagadki obojętnie, i Krzyśka, wiecznie rozgrzanego do czerwoności, gdy tylko pojawiało się coś mechanicznego albo elektronicznego. Latarki omiatały wilgotne ściany, odpadający tynk i rzędy cegieł, na których ktoś dawno temu wyżłobił znaki przypominające jednocześnie symbole chemiczne i fragmenty jakiegoś kodu.

Michał zatrzymał się przy jednym z nich. Przejechał palcem po rowkach. Były zbyt równe, zbyt precyzyjne, żeby uznać je za zwykłe bazgroły.

"To nie jest przypadkowe" - powiedziała Zuza cicho. Pochyliła się bliżej. "Spójrzcie na układ. To wygląda jak instrukcja, nie jak napis."

Krzysiek już klęczał przy ścianie, świecąc latarką pod różnymi kątami. "Widzicie to? Tu coś wystaje."

Pod warstwą kurzu i starej farby krył się niewielki metalowy przycisk, prawie wtopiony w mur. Michał zawahał się tylko przez sekundę. Wystarczyło jednak, że dotknął chłodnego krążka opuszkiem palca, a pod stopami przeszedł niski, głuchy wstrząs.

Ściana zadrżała.

Najpierw pomyślał, że to tylko odgłos rozsypującego się tynku. Potem cegły zaczęły przesuwać się jedna po drugiej, jakby ktoś po drugiej stronie odblokowywał wielki zamek. Z ciemności wypłynął wąski korytarz, zbyt prosty i zbyt równy, by mógł być częścią starej piwnicy.

Nikt się nie odezwał. Nawet Krzysiek przestał oddychać na moment.

Weszli do środka, bo nie dało się już udawać, że nie chcą wiedzieć. Po kilku krokach ściana za nimi zamknęła się z ciężkim trzaskiem, odcinając drogę powrotną. W tej samej chwili korytarz rozjarzył się bladoniebieskim światłem, które nie pochodziło z żadnej lampy ani żarówki. Światłem pulsującym, chłodnym, nienaturalnie żywym.

Wokół nich zaczęły przesuwać się obrazy. Migotliwe urywki twarzy, pociemniałe fotografie, fragmenty gazet z datami, których Michał nie zdążył przeczytać, i kadry ulic, na których ludzie nosili stroje sprzed dziesiątek, może setek lat. To nie wyglądało jak projekcja. Raczej jak wspomnienie miejsca, które próbowało pokazać wszystko naraz.

Na końcu korytarza otwierała się ogromna sala. Pośrodku stał zegar większy niż drzwi od sali gimnastycznej, z tarczą pełną nierównych znaków i wskazówkami poruszającymi się w przeciwnych kierunkach.

"To nie może być..." - szepnęła Zuza.

Michał nie dokończył myśli, bo przestrzeń wokół nich pękła jak cienka szyba. Podłoga zniknęła im spod nóg, światło eksplodowało w oczach, a potem nagle stał już nie w podziemiach, tylko na mokrym bruku pośrodku wąskiej ulicy. Zewsząd napierał hałas: obce głosy, stuk kół, krzyki, dźwięk gwizdków, które brzmiały tak, jakby należały do innego świata.

Ludzie mijali ich w strojach, które wyglądały jak wyjęte z muzeum. Kobiety w długich spódnicach odwracały głowy. Mężczyźni zatrzymywali się gwałtownie, ktoś wskazał ich palcem, ktoś inny cofnął się z taką miną, jakby zobaczył duchy.

Michał poczuł w kieszeni ciężar. Drżącymi palcami wyjął z niej stary klucz. Na metalu widniały dokładnie te same symbole, które przed chwilą oglądał w piwnicy.

W tłumie rozległ się ostry głos:

"To oni! Przewidziani przez Przepowiednię!"

Michał podniósł wzrok. Ktoś przeciskał się przez zbity krąg ludzi prosto w ich stronę, a jego twarz nie była twarzą przypadkowego przechodnia. To był ktoś, kto ich znał. Albo ktoś, kto wiedział o nich za dużo.