Cień w opuszczonym gimnazjum

Lena, Kacper i Igor wchodzą nocą do dawnego gimnazjum przy ulicy Węgierskiej. W ciemnych korytarzach trafiają na coś, co nie powinno tam być, a potem ktoś zamyka ich w środku.

W Starym Mieście każdy znał opuszczone gimnazjum przy ulicy Węgierskiej, choć niewielu przyznawało się, że kiedykolwiek podeszło pod jego mury po zmroku. Budynek stał tam jak wyrwany z innej epoki: z wybitymi oknami, odpadającym tynkiem i zamkniętym dziedzińcem, nad którym nawet latem wisiała dziwna cisza. Krążyły o nim opowieści o ukrytym schronie, zamaskowanych przejściach i głosach, które odzywają się tylko wtedy, gdy nikt nie patrzy. Lena nie wierzyła w straszenie dla samego straszenia. Ale kiedy Igor przyszedł do niej z tym swoim półszeptem i błyskiem w oczach, a Kacper wyciągnął aparat i powiedział, że jeśli coś tam jest, to trzeba to zobaczyć na własne oczy, zgodziła się bez wahania.

Spotkali się późno, gdy ulice prawie opustoszały. Nad kamienicami wisiała niska mgła, a zegarek Leny pokazywał 23:07. Pod zardzewiałym ogrodzeniem czekali już wszyscy trzej, każdy z innym rodzajem odwagi. Igor udawał luz, Kacper sprawdzał baterię w latarce, a Lena nasłuchiwała, czy ktoś nie idzie za nimi od strony rynku. Przeszli przez rozdartą siatkę i wspięli się po popękanych schodach prowadzących do głównego wejścia. Drzwi były uchylone, jakby ktoś wszedł tu przed chwilą i nie zdążył ich domknąć.

W środku uderzył ich zapach wilgoci, kurzu i czegoś jeszcze, metalicznego, nieprzyjemnego. Blady snop latarki przesuwał się po odklejonej tapecie, przewróconych ławkach i pożółkłych klasowych zdjęciach, na których twarze uczniów patrzyły zbyt długo, zbyt nieruchomo. Kacper podniósł aparat.

— Jak zobaczę ducha dyrektora, to nikt mi nie uwierzy — mruknął, ale jego głos zabrzmiał ciszej, niż chciał.

Lena miała już odpowiedzieć, kiedy zatrzymała się gwałtownie.

— Słyszycie to?

Najpierw był tylko wiatr. Potem coś jak szelest, tuż za ścianą. A zaraz po nim cichy szept, tak blisko, że aż przeszły ją ciarki. Brzmiało to, jakby ktoś wypowiadał ich imiona przez zaciśnięte zęby.

Igor odwrócił się pierwszy.

— To pewnie echo — rzucił zbyt szybko.

Ale nikt z nich się nie ruszył. Korytarz po lewej stronie tonął w ciemności, a na jego końcu majaczyły podwójne drzwi do dawnej sali biologicznej. To stamtąd dochodził chłód, wyraźny nawet tutaj, po drugiej stronie zrujnowanego holu. Igor przełknął ślinę, po czym wszedł kilka kroków naprzód i chwycił za klamkę, jakby chciał udowodnić coś samemu sobie.

Drzwi otworzyły się z przeciągłym skrzypnięciem.

W sali panował mrok tak gęsty, że latarka Kacpra musiała przeciąć go na siłę. Snop światła drgnął, zawahał się i zatrzymał na postaci stojącej przy tablicy. Była nieruchoma. Zbyt nieruchoma. Cień zasłaniał jej twarz, ale kontur sylwetki był wyraźny.

— Kto tam jest? — wyszeptała Lena.

Odpowiedziała jej cisza.

Wtedy z korytarza dobiegły kroki. Powolne. Ciężkie. Zbliżały się prosto do sali.

Lena ścisnęła dłoń Igora tak mocno, że ten aż syknął. Kacper uniósł aparat, próbując ustawić ostrość na postać przy tablicy. W tej samej chwili latarka zamigotała, zgasła i cała sala zapadła w ciemność.

Przez ułamek sekundy nikt się nie poruszył.

A potem, tuż za ich plecami, rozległo się nagłe, ostre skrzypnięcie, jakby ktoś właśnie zamknął drzwi, odcinając im drogę ucieczki.