Czwórka przyjaciół znajduje zegar, który nie pokazuje czasu, tylko go rozszczelnia. Jedno dotknięcie wystarcza, by wciągnąć ich w obcy wiek, gdzie ktoś już na nich czeka.
Niebo miało kolor rozlanego atramentu, kiedy Artur po raz kolejny spojrzał na opuszczony gmach starego liceum. Ruina stała na skraju miasta jak wyrwana z pamięci szkolna mapa, z wybitymi oknami i pękniętą fasadą, której nikt już nie próbował naprawiać. A jednak coś w tym miejscu przyciągało ich od tygodni.
Tego wieczoru przyszli we czwórkę: on, Lena, Igor i Zuza. Nikt nie żartował. Nawet Igor, zwykle pierwszy do głupich komentarzy, mówił tylko tyle, ile trzeba. Wszyscy mieli to samo nieprzyjemne wrażenie, że jeśli teraz odpuszczą, ominie ich coś ważnego.
Przeszli przez wybite okno i od razu uderzył ich zapach wilgoci, kurzu oraz starej farby. Latarki wycinały z ciemności wąskie pasy światła, ślizgając się po odpadającym tynku i rozbitych kafelkach. Lena znalazła wąskie schody prowadzące w dół. Na końcu piwnicy, pod warstwą pajęczyn i pyłu, stała ciężka żeliwna skrzynia.
Igor otworzył ją bez namysłu.
W środku leżał zegar, jakiego żadne z nich nigdy nie widziało. Tarcza była gładka i chłodna, ale wskazówki poruszały się w przeciwnym kierunku, jakby czas cofał się zamiast płynąć. Zamiast cyfr migotały na niej znaki przypominające litery z dawno zapomnianego alfabetu.
– To wygląda jak rekwizyt z jakiegoś chorego filmu – wyszeptała Zuza.
Wyciągnęła rękę, ledwie musnęła szkło i wtedy zegar ożył.
W jego wnętrzu rozbłysło błękitne światło. Powietrze zgęstniało, a po piwnicy przeszedł niski, drżący dźwięk, który wibrował aż w zębach. Artur poczuł nagłe ciepło na skórze, jakby ktoś po drugiej stronie ciemności przyłożył mu do dłoni rozżarzone żelazo. Lena odruchowo cofnęła się o krok, ale nie odrywała od niego wzroku. Była blada, wystraszona i dziwnie zafascynowana jednocześnie.
Zegar zatrząsł się gwałtownie.
Podłoga zniknęła im spod stóp. Świat pękł z suchym trzaskiem światła i dźwięku, a potem wszystko wywróciło się na drugą stronę.
Stali na środku zatłoczonego rynku. Słońce było ostre, bezlitosne, a powietrze pachniało kurzem, końmi i dymem z palenisk. Wokół przesuwał się tłum ludzi ubranych tak, jakby wyrwano ich z ilustracji do historii: w sukniach, kaftanach i ciężkich, brudnych płaszczach. Nad stoiskami wisiały skóry, zioła i kawałki tkanin, a z oddali dobiegał głuchy rytm bębnów.
Lena odwróciła się powoli, wpatrując się w herb z lwem nad wejściem do gospody.
– To chyba nie jest Warszawa – powiedziała prawie bezgłośnie.
Artur chciał odpowiedzieć, ale nie zdążył. Z końca rynku ruszyła ku nim grupa uzbrojonych mężczyzn. Tłum rozstępował się przed nimi bez słowa. Zuza zacisnęła palce na zegarze, który znów rozjarzył się błękitem, tym razem znacznie mocniej niż przed chwilą.