Cienie, które mówią

W liceum nr 17 Lena, Igor i Tim natrafiają na ślad drzwi, których nie powinno być. Im głębiej schodzą w mrok starego skrzydła, tym wyraźniej cienie zaczynają ich obserwować.

Liceum nr 17 nie wyglądało groźnie z daleka. Dopiero kiedy przekraczało się próg, człowiek zaczynał rozumieć, że coś tu jest nie tak. Stare skrzydło budynku trzymało w sobie chłód, który nie pasował do wiosny, a korytarze wąskie jak gardło studni tłumiły każdy krok. Lena znała to miejsce od lat, a mimo to czasem miała wrażenie, że szkoła obserwuje ją pierwsza.

Najbardziej niepokoił ją cień pod zegarem w holu. Pewnego razu drgnął inaczej niż wszystkie inne, jakby na sekundę zgubił właściciela. Lena nikomu o tym nie powiedziała. Nawet Igorowi i Timowi.

Dopiero dzisiaj, podczas przerwy, usiadła z nimi na wyślizganej ławce obok sali matematycznej i wyjęła z plecaka twardy zeszyt. Przez kilka chwil tylko obracała go w dłoniach.

– Muszę wam coś pokazać – powiedziała w końcu ciszej, niż planowała.

Igor uniósł brwi. Tim od razu przestał się uśmiechać.

Lena otworzyła zeszyt. Na kartkach piętrzyły się urwane zdania, szkice korytarzy, znaczniki czasu, strzałki, a między nimi krótkie notatki: „drzwi bez klamki”, „cień, który nie wraca”, „szept przy pustej klasie”.

– Od tygodni trafiam na rzeczy, których nie da się normalnie wyjaśnić – powiedziała. – I chyba one prowadzą do starego piętra.

Igor przesunął palcem po jednej z kartek. – Brzmisz tak, jakbyś szykowała się na katastrofę.

– Może właśnie dlatego chcę tam pójść teraz – odparła Lena. – Zanim znowu zniknie.

Po lekcjach stary korytarz wydawał się jeszcze dłuższy niż zwykle. Jarzeniówki migały nerwowo, jakby coś pod nimi przemykało. Ściany miały kolor mokrego betonu, a z oddali dobiegało ciche, metaliczne stukanie, choć nikogo nie było w pobliżu.

Lena prowadziła ich pewnie, ale im bliżej byli końca korytarza, tym mocniej zaciskała palce na pasku plecaka. Przy szafkach, tam gdzie wcześniej widziała coś podobnego do framugi, zatrzymała się nagle. Kurz osiadł grubą warstwą na gładkiej ścianie.

Przesunęła po niej dłonią.

Powietrze pod palcami zrobiło się lodowate.

I wtedy stało się coś, czego nie powinno być w żadnej szkole: cień Leny nie powtórzył jej ruchu. Oderwał się od ściany i rozpłynął, jakby ktoś zgasił go jednym oddechem.

Igor cofnął się o krok. Tim pobladł, ale mimo to dotknął muru obok niej.

Jego cień zniknął dokładnie tak samo.

Ściana zadrżała cicho.

Na szarej powierzchni zaczęły pojawiać się cienkie rysy, najpierw ledwo widoczne, potem coraz głębsze, układające się w zarys drzwi. Z wnętrza dobiegł szelest, a po nim coś jeszcze, bardziej niepokojącego niż hałas: głos. Niski, chropawy, jakby wydobywał się spod warstw tynku i kurzu.

Zawołał ich po imieniu.

Lena oddechem wciągnęła chłód powietrza i spojrzała na przyjaciół. W ich twarzach zobaczyła to samo pytanie, którego sama nie odważyła się wypowiedzieć.

Drzwi zaczęły się otwierać.