Cienie Lunaris

W opuszczonym mieście pojawia się nocny cyrk Lunaris. Lena, Julek i Dawid wchodzą pod namiot, gdzie cienie artystów żyją własnym życiem.

Nad ruinami starego miasta wisiał ogromny księżyc, biały i nieruchomy jak oko czuwające nad pustką. Tego wieczoru wśród zabitych deskami kamienic zapaliły się światła, najpierw jedno, potem dziesiątki, aż całe ulice zaczęły pulsować obcym, ciepłym blaskiem. Cyrk Lunaris pojawił się bez zapowiedzi, jakby wyrósł z samej ciemności.

Lena, Julek i Dawid obserwowali to z progu zrujnowanej bramy, przez chwilę udając przed sobą, że mogli po prostu wrócić do domu. Ale dźwięk bębnów, niski i miarowy, ciągnął ich coraz bliżej. Za każdym krokiem powietrze gęstniało od dymu, mokrej trawy i słodkawego zapachu cukru, który nie pasował do tego miejsca. Namiot stał na skraju dawnego parku, osłonięty mgłą i rzędami chorągiewek trzepoczących bez wiatru.

Przy wejściu czekała kobieta w czarnym cylindrze. Jej twarz zasłaniała srebrna maska pozbawiona ust, gładka i zimna jak ostrze. Nie spytała, kim są. Po prostu uniosła dłoń i odsunęła ciężką kotarę, jakby od dawna wiedziała, że przyjdą. Kiedy weszli, za ich plecami zasunął się materiał, a świat zewnętrzny został nagle odcięty.

Wewnątrz siedzieli widzowie z nieruchomymi twarzami i oczami lśniącymi dziwnie, jakby patrzyli nie na arenę, lecz przez nią, gdzieś dalej, za nich. Puste koło piasku pośrodku namiotu wyglądało zwyczajnie tylko przez krótką chwilę. Potem muzyka uderzyła nagle, najpierw miękko, niemal łagodnie, a zaraz potem rozpadła się na ostre, niespokojne dźwięki.

Na arenę wbiegł pierwszy artysta: klaun o ognistorudej czuprynie i zbyt szerokim uśmiechu. Jego cień, rzucany przez nikłe światło reflektorów, nie powtarzał ruchów właściciela. Wyprzedzał go o pół kroku, wyginał się pod złym kątem, jakby należał do kogoś innego.

Lena poczuła zimno pod skórą. Julek ścisnął mocniej poręcz ławki. Dawid odruchowo odsunął się w bok, kiedy na ścianach namiotu zaczęły pojawiać się kolejne cienie, rozrastające się, mnożące, pochylające ku sobie jak widzowie plotkujący za zasłoną. A potem wszystkie jednocześnie odwróciły się w ich stronę.

Światła przygasły. Muzyka urwała się tak gwałtownie, że w uszach dzwoniła jeszcze cisza. Zza kurtyny dobiegł przeciągły śmiech, niski i zbyt bliski.

Kobieta w masce weszła na arenę, niosąc w dłoni coś niewielkiego i ciężkiego, owiniętego czarnym aksamitem.