Siedemnastoletnia Nila odkrywa, że nad Jeziorem Lira coś budzi się po zmroku. Gdy mgła gęstnieje, a z wody dochodzą głosy, granica między światem żywych i czymś obcym zaczyna pękać.
Nila lubiła powtarzać, że Jezioro Lira jest po prostu jeziorem. Trochę zbyt cichym, trochę zbyt ciemnym po zachodzie słońca, ale wciąż zwyczajnym. Takim, przy którym człowiek dorasta, nudzi się i naucza, że za każdym szelestem nie stoi od razu klątwa.
Tego lata nawet ona przestała w to wierzyć.
Nad wodą od świtu zalegała mgła. Nie znikała w południe, nie cofała się przed wiatrem, tylko pełzła nisko po tafli, jakby jezioro oddychało czymś, czego nie chciało wypuścić. Ludzie z miasta mówili o przewidzeniach, o chłodnych prądach i zmęczeniu, ale Nila widziała ich spojrzenia, kiedy mijali brzeg. Unikali wody. Unikali ciszy.
Najgorsze były głosy.
Najpierw brała je za sen albo za własne myśli, które wracały do niej w półmroku pokoju. Potem usłyszała je wyraźnie, stojąc przy otwartym oknie: pojedyncze słowa, urwane zdania, szept, który nie należał do nikogo z domu. Odkąd mgła pojawiła się nad jeziorem, coś wołało ją po imieniu.
Tamtej nocy nie wytrzymała.
Wymknęła się z domu bez lampy, z sercem dudniącym w gardle, i pobiegła ścieżką prowadzącą do brzegu. Na miejscu czekał już Leo. Stał nieruchomo w cieniu wierzb, z rękami w kieszeniach, jakby próbował udawać spokój. Nie udawał dobrze.
— Też je słyszysz? — zapytała Nila szeptem.
Leo skinął głową. Przełknął ślinę, zanim odpowiedział.
— Mówią jak ktoś znajomy. A potem jakby w ogóle nie były ludzkie.
Woda przed nimi poruszyła się bez wiatru. Fale rozeszły się szeroko, chociaż powierzchnia jeziora powinna być gładka jak szkło. Nila zrobiła krok do przodu i wtedy mgła drgnęła, jakby coś pod nią otworzyło oczy.
Z głębi popłynął śmiech. Suchy, urywany, zbyt cichy, by był zwyczajny.
A potem z białej zasłony wyłoniły się dwie sylwetki.
Stały tuż przy brzegu. Ich twarze były blade, a oczy świeciły chłodnym, błękitnym blaskiem. Nila zamarła, bo jedno z nich miało jej rysy. Tylko starsze. Prawie takie, jakby patrzyła na własne odbicie po drugiej stronie wody.
— Nila... Leo... — odezwał się głos, jednocześnie bliski i niemożliwie obcy. — Wreszcie przyszliście.
W tej samej chwili coś głęboko pod jeziorem odpowiedziało niskim, przeciągłym pomrukiem, a spod powierzchni zaczęły wyłaniać się kamienne stopnie prowadzące w dół, tam, gdzie nie powinno być żadnego zejścia.