Cienie nad Jeziorem Szeptów

Alan i Maja przy Jeziorze Szeptów trafiają na miejsce, którego nie ma na żadnej mapie, i budzą coś, co od dawna czekało pod wodą.

Alan znał swoje miasteczko tak dobrze, że potrafiłby przejść je z zamkniętymi oczami. Latem wszystko wyglądało tu podobnie: świerkowy las, wąskie ścieżki, ciężkie od ciepła powietrze i jezioro, które wieczorami milkło tak nagle, jakby ktoś przykrywał je niewidzialną dłonią. Tylko nuda nie chciała odpuścić.

Zmieniło się to dopiero wtedy, gdy poszedł nad Jezioro Szeptów z Mają.

Nie planowali nic niezwykłego. Chcieli tylko usiąść na pomoście, rzucić kilka kamyków do wody i poczekać, aż słońce zgaśnie za linią drzew. Jezioro lśniło jeszcze czerwienią, a na jego powierzchni przesuwały się długie cienie trzcin. Maja pierwsza przerwała ciszę.

Alan zmrużył oczy. Najpierw usłyszał tylko plusk wody i szelest wiatru. Potem coś jeszcze. Cichy, urywany szept, jakby dochodził spod ziemi, spod korzeni, spod samego lustra jeziora. Nie były to słowa, które dało się powtórzyć. Brzmiały bardziej jak myśl, która nie należała do niego.

Maja przestała się uśmiechać. Kamyk wypadł jej z dłoni, zanim zdążyła rzucić go drugi raz.

Ruszyli w stronę trzcin. Rośliny były wyższe, niż się wydawało z brzegu, mokre i zimne, choć wieczór wciąż trzymał w sobie ciepło dnia. Alan szedł pierwszy, przeciskając się przez gęstą ścianę zieleni, aż nagle grunt pod jego stopą zniknął. Odsunęły się ostatnie źdźbła trzciny i oboje stanęli na niewielkiej polanie, której wcześniej nie było prawa tam być.

Pośrodku leżał stary kamień, omszały i popękany, z wyżłobionymi w powierzchni znakami. Nie wyglądały jak litery ani jak zwykłe rysy. Migotały w bladym świetle wieczoru, jakby ktoś zamknął w nich nikły oddech.

Alan zrobił krok bliżej. W tej samej chwili kamień odpowiedział głuchym drżeniem, a jezioro za ich plecami ucichło zupełnie.

Nad polaną rozdarło się światło.