W starym liceum przy Węgierskiej coś zaczyna się budzić. Trójka uczniów odkrywa w sobie zdolności, których nie da się wyjaśnić ani ukryć.
Stare liceum przy ulicy Węgierskiej miało w sobie coś, co zawsze kazało Noemi chodzić szybciej, niż było trzeba. Skrzypiące schody, odpadający tynk, rynny cieknące nawet wtedy, gdy od tygodni nie padało, i aula z popękanym sufitem, który przypominał rozległą, obcą mapę. Najgorsze były jednak wieczory. Wtedy budynek przestawał udawać zwykłą szkołę.
Nikt nie zostawał tu po zmroku, poza panem Władkiem, woźnym z pękiem kluczy brzęczącym jak ostrzeżenie. Mówiono, że otwiera każde drzwi w szkole. Także te, których nikt od lat nie dotykał. Noemi zwykle wzruszała na to ramionami. Tego dnia nie mogła jednak pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak.
Był czerwiec, duszny i lepki od upału. Burza przyszła nagle, bez żadnego uprzedzenia. Pierwszy grzmot uderzył tak mocno, że szyby zadrżały w ramach, a światła w klasach zamigotały jak zmęczone. Noemi pakowała podręczniki do plecaka przy ostatniej ławce, kiedy usłyszała, jak ktoś obok cicho przewraca kartkę.
Janek siedział jeszcze przy oknie, skulony nad komiksem "Supernova X", jakby poza papierem nie istniało już nic wartego uwagi. Zawsze trzymał się z boku, ale teraz nawet on wyglądał na spiętego.
Noemi podniosła głowę. Za oknem coś przemknęło po niebie. Nie ptak. Za szybkie, za czarne, za równe, jak cień oderwany od czegoś, czego nie dało się zobaczyć.
Wyszli razem na korytarz. Echo ich kroków odbijało się od ścian, jakby szkoła była pusta, choć z sal dobiegały jeszcze przytłumione głosy. Przy drzwiach do magazynu sportowego czekała Zuza, z telefonem w jednej ręce i miną kogoś, kto próbuje nie dać po sobie poznać, że naprawdę się boi.
Janek skrzywił się lekko.
O tej porze?
Właśnie dlatego nie schodzę sama.
To wystarczyło. Nikt nie powiedział tego głośno, ale wszyscy czuli to samo: jeśli teraz tego nie sprawdzą, następna noc będzie jeszcze gorsza.
Piwnica przywitała ich wilgocią, chłodem i zapachem starych ksiąg, który nie pasował do sterty zardzewiałych ławek i wyszczerbionych skrzyń. Żarówka nad schodami mrugała nierówno. Jedne z drzwi do magazynu stały uchylone, choć Noemi była pewna, że chwilę wcześniej były zamknięte.
Zrobili kilka kroków do środka.
I wtedy świat jakby się przechylił.
Janek zatrzymał się pierwszy. Powietrze zgęstniało, a każdy dźwięk rozciągnął się do granic wytrzymałości, jakby ktoś nagle nacisnął niewidzialny hamulec. Noemi poczuła, że wszystko wokół staje się zbyt wyraźne: rysa na betonie, kropla wody spływająca po rurze, pył wirujący w smudze światła. Zuza odruchowo sięgnęła po telefon, lecz ten wyrwał się z jej dłoni i zawisł kilka centymetrów nad podłogą, drżąc lekko, jakby trzymała go niewidzialna ręka.
Przez sekundę nikt się nie ruszał.
To nie mogło być realne. A jednak było.
Za skrzynią coś stuknęło ciężko o beton. Jeden, drugi raz. Jakby ktoś - albo coś - odsunęło się powoli z ciemności.
Noemi odwróciła głowę w stronę uchylonych drzwi. W mroku poruszył się cień, zbyt wysoki, zbyt wąski, żeby należeć do człowieka.
Wtedy z głębi piwnicy dobiegł cichy głos:
A po chwili zgasło wszystko.