Cienie nad Wronim Lasem

W odosobnionym lesie Rudolf, Blanka i Bartek trafiają na ślady nieznanej istoty. Im bliżej Głębokiego Wąwozu, tym wyraźniej czują, że coś poluje w ciemności.

Wroni Las miał swoją ciszę. Nie tę zwykłą, miękką i bezpieczną, ale ciszę, która osiadała między świerkami jak kurz i nie pozwalała o sobie zapomnieć. Kiedy słońce znikało za koronami drzew, wszystko wydawało się tu bardziej ostre: zapach mokrej ziemi, trzask gałęzi, cień podniesiony odrobinę za wysoko. Tej wiosny las stał się jeszcze bardziej niespokojny.

Rudolf szedł pierwszy, z nosem nisko przy ziemi i ogonem napiętym jak struna. Jego rude futro błyszczało słabo w bladym świetle wieczoru, ale nawet on, zwykle pewny siebie, częściej niż zwykle oglądał się przez ramię. Za nim sunęła Blanka. Sowa śnieżna nie traciła czasu na niepotrzebne słowa, za to widziała więcej niż ktokolwiek inny. Trzeci był Bartek, młody jeleń, zbyt ciekawy świata, by zawrócić, i zbyt uparty, by przyznać, że się boi.

Poznali się przypadkiem, a jednak od kilku dni działali jak stary, sprawdzony trop. To samo niepokoiło ich wszystkich: ślady pojawiające się pod sosnami o świcie, zbyt duże, by należeć do znanych mieszkańców lasu, zbyt równe, by zrobił je wiatr albo błoto. Stara borsuczka, która pamiętała niejedną leśną historię, tylko wzruszyła ramionami, gdy pokazali jej odciśnięte łapy.

Tego wieczoru nie mogli już dłużej czekać. Ruszyli w stronę Głębokiego Wąwozu, skąd od paru nocy dochodziły krótkie, urywane dźwięki. Raz przypominały pisk, raz stukot kamieni, a czasem coś, czego żadne z nich nie umiało nazwać. Im bliżej byli urwiska, tym cięższe robiło się powietrze. Pachniało wilgocią, mchem i czymś metalicznym, obcym, jakby las nagle przestał być tylko lasem.

– To może być jakiś drapieżnik? – szepnął Bartek, zwalniając krok.

Blanka przekręciła głowę tak gwałtownie, że aż świsnęło pióro.

– Drapieżnik nie chodziłby w ten sposób. I nie zostawiałby takich śladów.

Rudolf przystanął nagle. Wśród paproci, tuż przy kamieniu porośniętym mchem, leżało coś, co odbiło księżycowy blask. Mała łuska. Złotawa, cienka, niemal przeźroczysta na krawędziach. Nie pasowała do niczego, co znali.

– Widzieliście kiedyś coś podobnego? – zapytał cicho.

Nikt nie odpowiedział. Nawet Bartek wstrzymał oddech.

Wtedy z głębi wąwozu dobiegł ich szelest. Nie pojedynczy trzask gałęzi, nie zwykły ruch zwierzęcia. Coś przeciągnęło się między drzewami zbyt szybko i zbyt nisko, by dało się to wyjaśnić rozsądnie. Cienie poruszyły się na skraju polany. Potem zapadła cisza tak gęsta, że aż bolały od niej uszy.

Rudolf zrobił pół kroku do przodu, a Blanka napięła skrzydła. Bartek poczuł, jak jego serce zaczyna walić o żebra.

I właśnie wtedy, tuż za ich plecami, rozległ się cichy, głęboki oddech.