Cienie pod Wieżą Astralną

Trójka studentów Akademii Magów trafia na ślad ukrytego przejścia pod Wieżą Astralną. Stara legenda budzi się do życia, a portal zaczyna odpowiadać na ich obecność.

Zmierzch osiadał na Akademii Magów w Zielonych Rozdrożach ciężko i bez pośpiechu, jakby nawet noc znała to miejsce zbyt dobrze, by się spieszyć. Na dziedzińcu wiatr poruszał wysokimi trawami, a z otwartych okien laboratorium dobiegał zapach szałwii, spalonego kadzidła i starych pergaminów. Nad wszystkim górowała Wieża Astralna, ciemna, milcząca, niemal pusta po zachodzie słońca. Tylko wszechmistrzowie mieli tam wstęp po godzinach. I tylko oni wiedzieli, co naprawdę spoczywało za jej zamkniętymi drzwiami.

Lina, Alan i Fryderyk siedzieli na zimnych marmurowych stopniach u podstawy wieży, z twarzami skąpanymi w bladym świetle księżyca. Nikt z nich nie mówił od dłuższej chwili. Mapa, rozłożona między nimi jak dowód na coś, czego nie powinno tu być, drżała lekko od wiatru. W zeszłym tygodniu Alan strącił z półki zakurzony tom podczas zajęć z Teorii Zaklęć. Księga nie powinna się otworzyć, a jednak otworzyła się sama, jakby tylko czekała na właściwy dotyk. Na wyblakłej stronie widniał rysunek głowy węża i gęsty wianek znaków, zbyt starych, by bez wahania uznać je za ozdobę. Przez kolejne dni ślęczeli nad nimi po cichu, po nocach, aż wskazówki zaczęły układać się w jeden, niebezpiecznie jasny trop. Pod Wieżą Astralną znajdował się portal. A jeśli wierzyć legendzie, nie był to zwykły portal.

Lina pierwsza znalazła klucz. Srebrny, chłodny, ukryty za luźnym kamieniem pod schodami wieży, jakby ktoś celowo zostawił go właśnie dla nich. Alan przyniósł mapę i notatki, Fryderyk fiolkę z eliksirem światła, który jarzył się cichym, mlecznym blaskiem. Wymknęli się z dormitorium, minęli północny krużganek i dwa czujne zaklęcia alarmowe, które udało się obejść tylko dlatego, że Fryderyk znał ich rytm lepiej niż własny oddech. Na końcu najniższego poziomu wieży czekały niepozorne drzwi bez klamki, wtopione w mur tak dobrze, że łatwo byłoby je przeoczyć. Lina wsunęła klucz do zamka. Mechanizm zaskoczył głucho.

Za drzwiami rozciągał się wąski korytarz wykuty w czarnym kamieniu. Płytki tłumiły każdy krok, a powietrze było tu zimniejsze niż na zewnątrz, wilgotne i ciężkie od czegoś, czego nie dało się nazwać. Im dalej schodzili, tym wyraźniej czuć było mgłę, chociaż nigdzie nie było widać jej źródła. Alan miał wrażenie, że ktoś idzie tuż za nimi, choć za każdym razem, gdy się odwracał, widział tylko ciemność i blade drżenie światła w fiolce Fryderyka.

Na końcu korytarza czekała brama opleciona runami. Lina dotknęła gładkiej powierzchni i symbole natychmiast zapłonęły niebieskim blaskiem. Metal zaskrzypiał, jakby otwierał się po raz pierwszy od stuleci. Za bramą wiła się w dół wąska klatka schodowa, a z głębi niósł się szept tak cichy, że bardziej przypominał myśl niż głos.

Zeszli niżej. O wiele niżej, niż powinno prowadzić podziemie pod zwykłą akademicką wieżą. W końcu stanęli przed ogromnym portalem z czarnego, krystalicznego szkła. Jego powierzchnia lśniła jak nocne niebo bez gwiazd, a w głębi coś poruszało się powoli, jakby po drugiej stronie oddychało inne, nieznane miejsce. Refleksy tańczyły na twarzach trojga studentów, zniekształcając ich cienie na ścianach.

Alan przełknął ślinę, kiedy w głowie odezwały mu się słowa z legendy, zimne i wyraźne jak szept wypowiedziany tuż przy uchu: Tylko ci, którzy znają własny cień, przekroczą Próg Złudzeń.

— Jesteście gotowi? — wyszeptała Lina.

W tej samej chwili cała sala zadrżała. Z wnętrza portalu dobiegł głos. Nie był głośny. Był pewny siebie. I wypowiadał ich imiona.