Lena i Kam uruchamiają stary zegar, który wyrzuca ich w obcą epokę. Zanim znajdą drogę powrotną, muszą zrozumieć, kogo naprawdę obudziły.
Deszcz wybijał niespokojny rytm o parapet, a stara kamienica oddychała chłodem i kurzem, jakby sama pamiętała zbyt wiele. W salonie, pod wysokim sufitem i wśród półek uginających się od ksiąg, Lena i Kam grzali dłonie o kubki z herbatą, udając, że ten wieczór jest zwyczajny. Miał być tylko chwilą oddechu po długim tygodniu, ale w kącie, pod osłoną cienia, Lena dostrzegła zegar wahadłowy, którego wcześniej nie było albo którego po prostu nikt nie chciał zauważyć. Na wypolerowanej tarczy wiły się znaki tak stare, że bardziej przypominały ostrzeżenie niż ozdobę.
„Babcia mówiła, żebym nigdy go nie ruszała” — powiedziała cicho, przesuwając palcami po chłodnym drewnie. Kam odchylił się w fotelu i parsknął śmiechem, ale w tym śmiechu brzmiała niepewność. „Stary zegar w starym mieszkaniu. Co niby miałby zrobić?” Zanim Lena zdążyła odpowiedzieć, wahadło drgnęło. Najpierw ledwie dostrzegalnie, potem z nagłą siłą, jakby coś po drugiej stronie właśnie pchnęło mechanizm do życia. Wskazówki szarpnęły się do przodu. Powietrze zgęstniało.
Pokój pękł od środka. Książki spadły z półek, herbata rozlała się po dywanie, a światło lampy zaczęło wirować w białą smugę. Lena poczuła, że grunt usuwa jej się spod nóg, jakby całe mieszkanie odrywało się od rzeczywistości. Kam zaklął, chwycił jej dłoń, ale zaraz potem wszystko zniknęło w ogłuszającym szumie.
Uderzyli o twardy bruk. Nad nimi nie było już niskiego sufitu ani znajomej lampy, tylko wąskie niebo przecięte szczytami kamienic o obcych fasadach. Wokół rozciągał się gwar zatłoczonego placu: stukot kół, rżenie koni, głosy sprzedawców, szelest ciężkich tkanin. Ludzie mijali ich w aksamitnych sukniach, kaftanach i pelerynach, patrząc z niedowierzaniem na ich współczesne ubrania tak, jakby właśnie spadli z innego świata. Lena podniosła głowę i zamarła. „Kam… to nie jest nasza ulica.”
„Wiem” — odparł, blady jak ściana. Jego wzrok przebiegł po placu, po strażnikach z halabardami, po twarzach, które nagle zaczęły zwracać się ku nim jedna po drugiej. Z tłumu wyrwał się krzyk, ktoś wskazał ich palcem, a przez gwar przebił się dźwięk metalowych butów uderzających o kamień. Kam ścisnął mocniej jej rękę. „Musimy znaleźć ten zegar. I to szybko.”
Nie zdążyli się ruszyć. Zmusiła ich do tego postać w złocistej masce, która stanęła im na drodze tak nagle, jakby wyłoniła się z samego powietrza. Uniosła dłoń w milczącym geście nakazu, a spod maski dobiegł chłodny, wyraźny głos: „Nie powinno was tu być. Kto dotknął czasu, ten odpowie przed Radą.” Tłum zaczął się zacieśniać. Lena poczuła, jak w gardle rośnie jej lodowaty strach, a pod maską nieznajomego zamigotało coś jeszcze, coś, co wyglądało niemal jak rozpoznanie.