Cienie spoza lustra

Martyna, Wojtek i Olek znajdują na strychu księgę ukrytą za starym lustrem. Każde otwarte zdanie budzi w nich obce emocje, a coś po drugiej stronie zaczyna odpowiadać.

Stare lustro na strychu cioci Leokadii od lat działało na Martynę jak obietnica kłopotu. Wysoka, popękana tafla stała pod skosem dachu, między pudłami pełnymi zaschniętych wstążek, pożółkłych zdjęć i rzeczy, których nikt już nie umiał nazwać. Każde lato przyciągało ich tam z tą samą bezmyślną odwagą: Martynę, Wojtka i Olka. Wchodzili cicho, jakby strych pamiętał więcej, niż powinien.

Tego wieczoru burza wisiała nad domem tak nisko, że okna drżały od dalekich grzmotów. Powietrze było ciężkie, ciepłe i nieruchome, a każdy błysk błyskawicy rozcinał mrok na sekundy, w których wszystko wyglądało obco. Kiedy światło uderzyło w kąt przy lustrze, Martyna odruchowo przystanęła. W odbiciu nie zobaczyła tylko pajęczyn, belek i zakurzonych mebli. Przez ułamek chwili za taflą majaczyła niewielka szafka, której nie powinno tam być.

Olek pierwszy podszedł bliżej. Zawsze robił to, zanim ktokolwiek zdążył go powstrzymać. Uchylił się, jakby chciał zajrzeć głębiej w samo szkło, po czym znieruchomiał. Wewnątrz, w miejscu, gdzie powinna stać zwykła komoda, leżał gruby tom w skórzanej oprawie. Na okładce połyskiwał symbol oka oplecionego przez węże. Olek wyciągnął książkę i zaklął pod nosem; skóra była lodowata, nienaturalnie zimna jak na duszny wieczór.

Na grzbiecie pojawiły się blade, błękitne litery, jakby zapaliły się dopiero teraz, gdy dotknęły ich palce. Martyna poczuła suchość w gardle. Wojtek, zwykle pierwszy do żartu, milczał zbyt długo. Kiedy otworzyli księgę, z jej środka wydobył się zapach kurzu, deszczu i czegoś jeszcze, czego żadne z nich nie umiało nazwać. Pierwsze zdania nie brzmiały jak tekst. Brzmiały jak czytanie ich samych.

Z każdą linijką coś w nich pękało i układało się na nowo. Najpierw przyszła radość, zbyt nagła, żeby była prawdziwa. Potem wstyd, ostry i bezlitosny. Zaraz po nim złość, która nie miała celu, i lęk, który wspinał się po karku jak zimne palce. Olek cofnął rękę tak gwałtownie, jakby został oparzony. Martyna zacisnęła dłonie na krawędzi stołu, a Wojtek zrobił krok w stronę lustra, choć wyraźnie walczył ze sobą.

Wtedy tafla pociemniała. Coś poruszyło się po drugiej stronie, powoli, z namysłem, jakby czekało tylko na ten moment. Z mroku wysunęły się cienie, ale nie były już płaskie ani martwe. Drżały od ich emocji, rosły z każdą sekundą, karmione strachem, którego nikt nie chciał wypowiedzieć na głos.

Z wnętrza lustra dobiegł cichy szept:

Czy na pewno chcecie wiedzieć, co kryje wasze wnętrze?

Światło zgasło tak nagle, że przez chwilę nie było wiadomo, czy to burza zagłuszyła dom, czy dom zagłuszył burzę.