Cisza pod Miedzianą Wieżą

Czworo siedemnastolatków spędza noc w opuszczonym sanatorium pod Miedzianą Wieżą. Z każdym piętrem budynek staje się mniej martwy, a ktoś zdaje się ich uprzedzać o każdym kroku.

Sanatorium stało tuż pod lasem jak wyrwany z czasu kawałek cudzej historii. Od lat nikt nie palił w jego piecach, nie otwierał okien na mokry wiatr ani nie chodził po korytarzach, w których ściany zdążyły spęcznieć od wilgoci. Plotki mówiły, że dawniej przyjeżdżali tu bogaci kuracjusze z całej Europy, a potem wszystko urwało się nagle w latach osiemdziesiątych. Zostały mchy, graffiti, wybite szyby i cisza, tak gęsta, że aż drażniła skórę.

Lena przyszła tu pierwsza i to ona pierwsza wsunęła dłoń w szczelinę bocznych drzwi. Zawiasy jęknęły tak przeciągle, jakby budynek nie chciał ich wpuścić. Igor wszedł zaraz za nią, Wiktor z latarką w jednej ręce, Sara ostatnia, z miną kogoś, kto nie zamierza okazywać strachu, nawet jeśli właśnie zaciska palce na pasku plecaka tak mocno, że bieleją knykcie. Mieli po siedemnaście lat i zbyt dużo pewności siebie, żeby przyznać, że noc w takim miejscu brzmi lepiej w opowieściach niż na żywo.

Wieża była widoczna z prawie każdego okna. Miedziana, wysoka, ciemna, wbita w dach jak obcy ząb. To był ich cel na tę noc. Chłopaki od razu rzucili wyzwanie, kto pierwszy znajdzie wejście na górę, a Lena tylko prychnęła, jakby cała sprawa była dziecinną zabawą. Sara nie odezwała się ani słowem, bo coś w tym miejscu nie pasowało od początku: zbyt mało szumu w drzewach, zbyt mało odgłosów miasta, zbyt dużo pustki, która zdawała się ich słuchać.

Na pierwszym piętrze uderzył ich chłód i zapach mokrego tynku. Światło latarki Wiktora przesuwało się po zardzewiałych łóżkach, przewróconych krzesłach i gablotach, w których leżały jeszcze pożółkłe kartki z nazwiskami pacjentów. Szli ostrożnie, prawie bez rozmowy, aż trafili do wielkiego holu. Pod stopami pękało szkło, a z sufitu zwisał resztki żyrandola, kołysząc się lekko, chociaż nikt go nie dotknął.

"Ktoś tu był niedawno" - powiedział Igor ciszej, niż chciał. Wskazał na butelkę wina stojącą przy ścianie i świeże ślady butów odciśnięte w kurzu. Nikt nie zaśmiał się z jego tonu. Nawet Lena przestała udawać, że ma wszystko pod kontrolą.

Na drugim piętrze powietrze było cięższe. Korytarz dłużył się jak sen, a ich kroki wracały do nich spóźnionym echem. Lena zauważyła uchylone drzwi do dawnego gabinetu lekarza i podeszła bliżej. Na biurku, pośród rozsypanych segregatorów i papierów w kolorze starej kości, leżała świeża kartka. Tylko jedno zdanie, napisane pospiesznie, ostrym pismem: Nie wchodźcie na wieżę, jeśli wam życie miłe.

Wiktor odchrząknął, ale głos ugrzązł mu w gardle. Sara cofnęła się o krok. Igor spojrzał na Lenę, jakby czekał, aż wybuchnie śmiechem i przyzna, że to żart. Lena schowała kartkę do kieszeni, lecz jej twarz już nie była rozbawiona.

Dalsza droga prowadziła przez puste sale i zamknięte drzwi, aż wreszcie znaleźli klapę na poddasze. Zardzewiały zamek puścił pod naciskiem scyzoryka Igora, a spod otworu buchnęło zimno, jakby ponad nimi nie było strychu, tylko noc. Drabina jęczała przy każdym ruchu. Lena postawiła stopę na pierwszym szczeblu i wtedy wszyscy usłyszeli to samo: ciężkie, powolne kroki na korytarzu poniżej.

Zamarli.

Na końcu ciemnego przejścia przesunął się cień. Nie należał do nikogo z nich.