W Puszczy Białowieskiej znikają kolejne zwierzęta, a młody wilk Grom trafia na ślad, który pachnie metalem i prowadzi wprost w mrok.
W sercu Puszczy Białowieskiej jesień zwykle brzmiała jak szept liści, trzask gałązek i ciche nawoływania nocnych zwierząt. W tym roku coś to pękło. Las niby trwał na miejscu, ale miał w sobie niepokój, jakby wstrzymał oddech.
Najpierw zniknęły nornice i myszy. Potem zające przestały pojawiać się na swoich ścieżkach. Kiedy nie wróciły też dwa młode jelenie, nawet najstarsze zwierzęta zaczęły mówić ciszej, częściej oglądać się za siebie i szybciej znikać w gęstwinie.
Grom znał ten las lepiej niż własne łapy. Każdy parów, każdą złamaną brzozę, każdy kamień na skraju mokradła. Był jeszcze młody, ale nie miał w sobie ani grama ostrożności, którą starsi tak lubili mylić z rozsądkiem. Właśnie dlatego to on pierwszy poczuł, że coś jest nie tak.
Luna nie wróciła przed świtem.
Jego siostra zawsze trzymała się blisko. Cicha, czujna, jakby nawet cień mógł ją spłoszyć. Grom czekał do rana, aż mgła zaczęła zwisać między pniami jak mokra pajęczyna, a potem ruszył na polanę, gdzie ostatni raz widziano jej ślady.
Na ziemi zostało niewiele. Kilka rozmazanych odcisków, jakby ktoś celowo przesunął po nich łapą albo gałęzią. Tuż obok ściółka była przygnieciona w dziwny sposób, a w powietrzu unosił się obcy zapach, ostry i metaliczny, zupełnie niepodobny do niczego, co znał z lasu.
— Nie idź dalej — wychrypiał stary borsuk, wyłaniając się z cienia pod świerkiem. Trząsł się tak mocno, że futro miał najeżone jak mokra trawa. — Coś chodzi nocami między drzewami. Bezszelestnie.
Nad nimi zaklekotała sroka, znerwicowana i zbyt głośna jak na taką ciszę. Krążyła nad polaną, po czym przysiadła na gałęzi i przechyliła łeb, jakby też chciała go ostrzec.
Grom nie odpowiedział. Zamiast tego pochylił się niżej nad śladami. Między bruzdami w ziemi dostrzegł coś jeszcze: wąski, podłużny odcisk, obcy, zbyt równy, by zostawiło go zwierzę. Zimny dreszcz przeszedł mu po grzbiecie. To nie był trop Luny. To było coś, co ją znalazło.
Ruszył za śladem, choć las z każdą chwilą gęstniał bardziej, a światło topniało w zielonkawym półmroku. Gałęzie splatały się nad jego głową jak palce. Gdzieś z tyłu trzasknęła sucha witka.
Grom zastygł. Nie odwracał głowy, tylko wpatrywał się przed siebie, w ciemniejszy pas drzew, z którego właśnie zaczęła wyłaniać się sylwetka...