W liceum na obrzeżach miasta ktoś zostawia tajemnicze kartki i prowadzi Kubę, Maję oraz Igora prosto w miejsca, których wszyscy w szkole od dawna unikają.
Wysokie betonowe mury liceum imienia Kopernika odbijały blade światło późnowiosennego poranka. Kuba przyjechał jak zwykle za wcześnie, oparł rower o stojak i przez chwilę stał bez ruchu przy wejściu, udając, że coś go bardzo interesuje w telefonie. W rzeczywistości czekał na Maję, która prawie nigdy się nie spóźniała, i na Igora, który od kilku tygodni dołączał do nich coraz częściej, jakby z dnia na dzień stał się częścią ich małego porannego rytuału.
Lubił te chwile przed dzwonkiem. Szkoła wtedy jeszcze nie brzmiała znajomym hałasem, tylko pustką: przytłumionym stukiem własnych kroków, szelestem kurtek, odległym brzęczeniem neonów. Korytarze wydawały się dłuższe, chłodniejsze i jakoś bardziej prawdziwe, kiedy nie było w nich tłumu uczniów.
Tego ranka coś w tej ciszy od początku nie grało.
Przy wejściu do szatni stały dwie dziewczyny z młodszej klasy. Jedna ściskała pasek plecaka tak mocno, że aż pobielały jej knykcie. Druga patrzyła w głąb korytarza z miną, jakby zobaczyła tam coś, czego nie powinna widzieć. Nie rozmawiały. Nawet się nie poruszały.
Kuba zwolnił krok.
Kiedy wszedł do środka, uderzył go zimny podmuch. Nie taki zwykły przeciąg, tylko krótki, ostry powiew, który przeszedł po skórze jak lodowaty dotyk. Uniósł wzrok na okna. Były zamknięte. Drzwi też. Nic się nie otwierało.
Zrobiło mu się nieswojo.
Przy swojej szafce zobaczył Maję. Stała bokiem do korytarza, z pochyloną głową, i wyglądała, jakby właśnie próbowała zdecydować, czy komuś coś pokazać, czy schować to z powrotem do kieszeni.
— Co jest? — zapytał cicho.
Maja odwróciła się gwałtownie. W jej dłoni tkwił zgnieciony skrawek papieru.
— Spójrz — powiedziała i podała mu kartkę.
Kuba rozprostował ją palcami. Na białym papierze, wydrukowanym grubą czcionką, widniało jedno zdanie: „Nie wszystko jest tym, czym się wydaje. Spójrz pod własne nogi.”
Przez sekundę tylko na nią patrzył.
— To jakiś kiepski żart? — szepnął.
Maja pokręciła głową.
— Nie u mnie jedna taka się znalazła. W kilku szafkach też. Rano wszyscy o tym mówią, ale nikt nie wie, kto to podrzucił.
Kuba otworzył usta, żeby odpowiedzieć, kiedy zza ich pleców wpadł Igor. Miał na twarzy ten swój półuśmiech, który zwykle oznaczał ciekawość, nie strach.
— Już macie szkolną sensację? — rzucił. — Bo jeśli tak, to chcę wiedzieć wszystko.
Maja wsunęła kartkę z powrotem Kubie do ręki.
— Zanim zaczniesz żartować, przeczytaj to jeszcze raz.
Igor przejął papier, przebiegł wzrokiem po zdaniu i uniósł brwi.
— Dobra. To już jest dziwne.
Do pierwszej lekcji wszyscy udawali, że nic się nie stało, ale szkoła miała nowy, nerwowy rytm. Szept krążył szybciej niż nauczyciele. Ktoś widział identyczną kartkę w szafce przy sali biologicznej. Ktoś inny twierdził, że znalazł ją pod ławką, choć wcześniej siedział tam sam. Ktoś powiedział, że na korytarzu na piętrze słychać było kroki, kiedy nikogo tam nie było.
Z każdą godziną napięcie tylko rosło.
Kuba próbował skupić się na lekcjach, ale co chwilę wracał myślami do chłodnego podmuchu w szatni. Do spojrzenia tych młodszych dziewczyn. Do zdania z kartki, które, zamiast brzmieć jak głupi dowcip, miało w sobie coś z ostrzeżenia.
Na długiej przerwie Maja nachyliła się nad ich stolikiem w stołówce.
— Chodźcie ze mną — powiedziała bez wstępu. — Widziałam coś jeszcze.
— Co dokładnie? — zapytał Kuba.
— Nie tutaj.
Igor odstawił kubek z herbatą i wstał pierwszy.
— To brzmi jak najgorszy możliwy początek, więc oczywiście idę.
Prowadziła ich korytarzem na sam koniec szkoły, do najstarszego skrzydła, którego zwykle nikt nie używał. Tam farba odchodziła płatami od ścian, a podłoga skrzypiała przy każdym kroku. Zwykle panowała tu cisza tak gęsta, że słychać było własny oddech.
Na tablicy ogłoszeń, krzywo przybitej przy końcu korytarza, wisiała kolejna kartka.
Tym razem nie było na niej żadnego tekstu.
Był tylko rysunek: prosty kontur drzwi z małym zakratowanym okienkiem. Pod spodem ktoś narysował strzałkę, grubą i zdecydowaną, wskazującą kierunek biblioteki.
Kuba poczuł, jak serce zaczyna mu bić szybciej.
Biblioteka w ich szkole od dawna miała złą opinię. Nie dlatego, że coś tam oficjalnie się działo. Właśnie dlatego, że niczego nie dało się tam łatwo wyjaśnić. Starsi uczniowie mówili, że po zmroku słychać stamtąd stłumione odgłosy. Nauczyciele zbywali pytania. A stary woźny, kiedyś zapytany o zamknięte pomieszczenia na końcu korytarza, tylko splótł ręce na brzuchu i powiedział, że niektórych drzwi lepiej nie otwierać bez potrzeby.
Igor spojrzał na Kubę, potem na Maję.
— No dobrze — powiedział ciszej, niż zwykle. — To już nie wygląda jak żart.
Ruszyli w stronę biblioteki.
Drewniane drzwi były uchylone.
W środku panował półmrok, a między regałami unosił się ciężki zapach starych książek i kurzu. Kuba zatrzymał się na progu. Maja zrobiła pół kroku do przodu, po czym zamarła. Igor przechylił głowę, jakby próbował dostrzec coś za wysokimi półkami.
I wtedy, po drugiej stronie sali, za rzędem regałów, zobaczyli chłopaka, którego żadne z nich nigdy wcześniej nie widziało.
Stał nieruchomo, jakby czekał właśnie na nich.
Nie wyglądał na zagubionego. Nie wyglądał też na ucznia, który przez przypadek wszedł nie tam, gdzie trzeba. Miał spokojną twarz i ten dziwny, pewny siebie spokój kogoś, kto wie o nich więcej, niż powinien.
Kiedy ich zauważył, uśmiechnął się powoli.
Potem uniósł dłoń i skinął im, żeby podeszli bliżej.