Na szkolnym boisku wyrasta tajemniczy cyrk, a Lena i Kuba chcą poznać jego sekret, zanim nocny spektakl wciągnie ich w coś, z czego nie będzie odwrotu.
Ostatnia lekcja w czwartek wlókła się tak, jakby ktoś rozciągnął czas między minutami. Nikt już nie słuchał nauczycielki biologii. Za szybą, na końcu boiska, w gęstej mgle rosły z godziny na godzinę kolejne kolorowe namioty, a na największym z nich połyskiwało logo srebrnej liny zwiniętej w literę S.
Lena patrzyła na to bez mrugnięcia. Na zeszycie miała zapisane tylko pół zdania, bo całe jej myślenie zajmowało jedno pytanie: jak cyrk mógł pojawić się tu z dnia na dzień, bez hałasu, bez ciężarówek, bez śladu? Kuba, który zwykle w takich chwilach odpływał w telefon, nachylił się nad ławką i szepnął:
Po lekcjach boisko zamieniło się w kolejkę. Stali w niej ludzie w różnym wieku, od dzieciaków z plecakami po dorosłych, którzy udawali, że przyszli tylko z ciekawości. Bilety miało dostać pierwszych sto osób. Reszta musiała wrócić do domu z tą samą opowieścią: że każdy, kto wszedł do namiotu, wychodził z niego odrobinę inny.
Lena i Kuba nie mieli biletów. Mieli za to upór i za dużo pytań. Czekali do zmierzchu za stertą starych materacy, obserwując, jak gasną ostatnie światła szkoły. Kiedy z wnętrza największego namiotu popłynęła muzyka, zbyt czysta, by mogła być zwyczajna, płachta przy wejściu drgnęła i rozchyliła się na moment. W szczelinie mignęła kobieta krocząca po czymś, czego nie było widać. Powietrze pod jej stopami falowało jak napięta nić.
W tej samej chwili przyszedł chłód. Nie taki zwykły, wieczorny, tylko ostry, metaliczny, z zapachem ozonu. Kuba odruchowo ścisnął dłoń Leny.
Z ciemności za nimi odezwał się spokojny, zbyt bliski głos: