Nocą na skraju miasta wyrasta cyrk, którego nikt nie potrafi wyjaśnić. Lena i Kuba coraz bardziej czują, że pod widowiskiem kryje się coś niebezpiecznie prawdziwego.
Kiedy ostatnie światła w miasteczku gasły jedno po drugim, na pustym polu za starym targiem zaczęły wyłaniać się czerwono-białe namioty. Najpierw jeden, potem drugi, aż cała łąka zmieniła się w obce, pulsujące od lamp miasteczko. Lena zobaczyła je z kryjówki w zaroślach i szturchnęła Kubę w ramię, jakby bała się, że cyrk zniknie, jeśli odezwie się za głośno.
Nie wyglądał jak żaden, który widzieli wcześniej. Nie było tu krzykliwych budek, muzyki ani nawoływań sprzedawców. Przy wejściu stali ludzie w maskach sowy, nieruchomi jak figury z wystawy. Na słupach wisiały plakaty z jednym zdaniem, wypisanym czarnymi literami: „Pokaz tylko dla wybranych. Dziś, o północy”.
— Wybranych przez kogo? — szepnęła Lena.
Kuba wzruszył ramionami, ale nie odrywał wzroku od namiotów. Był odważny, tylko nie lubił rzeczy, które udawały coś innego, niż były. A ten cyrk właśnie tak wyglądał: jak dekoracja ustawiona na czymś, czego nikt nie chciał pokazać z bliska.
Przez kolejne dni obserwowali go po szkole z tego samego miejsca, spod rozłożystej wierzby przy rowie. Widzieli, jak do największego namiotu wnoszono ciężkie skrzynie okute metalem. Widzieli, że nikt ich nie otwierał. Widzieli też ludzi, którzy wchodzili do środka z zaproszeniami w dłoniach, a wychodzili milczący, z twarzami bladymi jak papier. Z wnętrza czasem dobiegał śmiech, który urywał się zbyt nagle, albo cichy płacz, tak stłumiony, że bardziej przypominał szelest materiału.
Wieczorem, gdy w miasteczku ucichły ostatnie samochody, Lena i Kuba wrócili pod cyrk. Przeszli przy ziemi przez mokre krzaki, omijając światło lamp, aż dotarli do tylnego wejścia. Powietrze pachniało dymem, kurzem i czymś jeszcze, czymś ostrym, jakby po burzy przed chwilą przecięto je prądem.
Lena podniosła ostrożnie skraj płótna.
W środku arena tonęła w fioletowym świetle. Nad piaskiem unosiły się cienie artystów, lecz nie trzymały się ich ciał tak, jak powinny. Rozciągały się za długo, skręcały pod dziwnymi kątami, przemykały po ścianach, zanim właściciele zdążyli wykonać ruch. Na trybunach siedzieli widzowie w półmroku, pochylając głowy i szepcząc coś pod nosem, jakby odczytywali instrukcję, której Lena nie znała.
Nagle muzyka zamarła.
Jedno z cieni oderwało się od ziemi i obróciło powoli w ich stronę. Nie miało twarzy, a jednak Lena miała pewność, że patrzy prosto na nią. Kuba cofnął się o krok, potrącając metalowy słupek. Ktoś natychmiast pojawił się za nimi i położył dłoń na ich ramionach.
Dłoń była zimna jak noc.