Klara i Tymek trafiają do cyrku, w którym zwierzęta mówią, a na arenie dzieją się rzeczy niemożliwe. Gdy dyrektor wybiera ich spośród widzów, zaczyna się tajemnica.
Klara od dawna czekała na coś, co wyrwie ją z codzienności. Nie na zwykły jarmark ani na szkolny występ, tylko na prawdziwy cyrk taki, od którego aż kręci się w głowie. Gdy pewnego letniego popołudnia wyciągnęła ze skrzynki małą, kremową kopertę, od razu poczuła, że to właśnie ten dzień.
Na kartce błyszczały srebrne litery: „Cyrk pod Gwiazdami zaprasza na noc pełną cudów. Dziś, godzina 20:00, stara łąka za miastem. Wstęp wolny. Wierzyć trzeba będzie już po wejściu”. Klara przeczytała to dwa razy, potem trzeci, a serce zabiło jej mocniej. Bez chwili wahania pobiegła po Tymka.
Tymek mieszkał trzy domy dalej i zawsze miał w kieszeni coś dla zwierząt: pestki, okruszki, kawałek jabłka albo złożony na pół notatnik pełen rysunków dziwnych stworzeń. Kiedy usłyszał o zaproszeniu, aż się wyprostował.
– Cyrk, który pisze, że trzeba wierzyć? Idziemy – powiedział natychmiast.
O dziewiętnastej czterdzieści pięć wymknęli się z domów z latarkami, butelką wody i kanapkami wepchniętymi byle jak do plecaka. Noc była ciepła, a niebo dopiero zaczynało ciemnieć. Gdy dotarli na starą łąkę, zatrzymali się jak wryci.
Pośrodku wysokiej trawy stał ogromny namiot. Nie zwykły, czerwony i zmęczony, ale lśniący błękitem i złotem, jakby ktoś posypał go gwiezdnym pyłem. Z jego boków zwisały setki światełek, a nad wejściem kołysał się napis zrobiony z małych, migoczących lamp: CYRK POD GWIAZDAMI. Z wnętrza dolatywała muzyka, lekka i szybka, jak skok na trampolinie.
Do tego dochodził zapach prażonej kukurydzy, karmelu i czegoś jeszcze, czego Klara nie umiała nazwać. Jakby powietrze samo czekało na przedstawienie. Zrobiła krok naprzód i wtedy zza zasłony wyszła biała lama w czarnym cylindrze.
– Zaproszenie, proszę – powiedziała spokojnie, zupełnie ludzkim głosem.
Tymek zakrztusił się śmiechem, ale od razu zasłonił usta. Klara podała kartkę, a lama obejrzała ją tak uważnie, jakby sprawdzała, czy papier nie zmieni się nagle w motyla. Potem skinęła łbem i ustąpiła im miejsca.
W środku było jeszcze dziwniej. Arena skrzyła się od światła, a nad głowami widzów unosiły się balony większe od piłek. Tygrys stawiał łapy na linie rozpiętej wysoko nad piaskiem, niedźwiedź żonglował parasolkami, a sowa siedząca na stojaku przewracała oczami do publiczności i z powagą przepowiadała komuś przyszłość z miski popcornu.
Klara nie mogła oderwać wzroku.
– To naprawdę się dzieje? – szepnęła.
– Chyba tak – odparł Tymek równie cicho. – I chyba jeszcze nie widzieliśmy najdziwniejszej rzeczy.
Jakby na potwierdzenie jego słów, światła nad areną nagle przygasły. Muzyka urwała się w pół nuty. Publiczność zamarła. Na drewnianej platformie pojawił się dyrektor cyrku: wysoki, elegancki, z wąsami zawiniętymi jak precelki i frakiem połyskującym jak nocne niebo.
– Drodzy goście! – zawołał, a jego głos odbił się echem od płótna namiotu. – Dzisiejszy wieczór przyniósł nam wyjątkową okazję. Potrzebujemy kogoś odważnego. Kogoś, kto przejdzie za kurtynę i zobaczy to, czego zwykli widzowie nie mają prawa zobaczyć.
Po sali przeszedł szmer. Kilka osób niepewnie podniosło ręce. Jedna dziewczynka w zielonym szaliku nawet zrobiła krok do przodu, ale dyrektor nie patrzył na nikogo z nich.
Jego wzrok zatrzymał się na Klarze i Tymku.
– Wy dwoje – powiedział i uśmiechnął się tak, jakby właśnie na nich czekał. – Podejdźcie.
Klara poczuła, że palce ma lodowate, choć w namiocie było ciepło jak w lipcowe południe. Tymek spojrzał na nią szybko, po czym zrobił krok pierwszy.
Dyrektor odsunął ciężką, złotą kurtynę. Za nią nie było ciemności, tylko coś jeszcze dziwniejszego: blask przypominający poranne słońce, wielkie bańki unoszące się pod sam sufit i cień, który poruszał się zbyt wolno, żeby należeć do człowieka.
Z głębi zaplecza dobiegł suchy, chrobotliwy odgłos.
Klara i Tymek zamarli.
Jedna z baniek pękła tuż nad ich głowami, rozsypując po powietrzu tysiące zielonych iskier, a z ciemnego kąta zaczęła wyłaniać się ogromna sylwetka, tak wielka, że zasłoniła cały blask za kurtyną...