Trzynastoletnia Lena trafia do cyrku, w którym występy olśniewają, a za kulisami dzieje się coś, czego nikt nie powinien widzieć. Im bliżej prawdy, tym dziwniej.
Lena lubiła rzeczy, które nie mieściły się w zwykłym dniu. Dlatego kiedy w miasteczku pojawiły się plakaty Cyrku Świetlistych Iluzji, nie mogła przestać o nim myśleć. Wielkie litery obiecywały cuda, pokazy, o jakich opowiada się potem szeptem, i wieczór, który miał wyglądać jak sen. W szkole już wszyscy o tym gadali. Lena najbardziej.
Cyrk stanął na ogromnej polanie za lasem, tam, gdzie latem trawa pachniała mocniej, a wieczory zapadały nagle i gęsto. Gdy słońce zsunęło się za drzewa, nad ziemią zapłonęły czerwone lampiony, a między wagonami w żółto-zielone pasy zatańczyły smugi światła. Zewsząd dobiegał gwar, śmiech, stukot narzędzi i pojedyncze nuty muzyki, jakby ktoś stroił niewidzialny instrument tuż za zasłoną. Lena przyszła z bratem Mateuszem, który od początku kręcił nosem, ale i tak nie chciał zostać w domu.
Już przy wejściu poczuła chłód, choć powietrze było ciężkie od letniego upału. Cyrkowcy przeciskali się między ludźmi z niezwykłą lekkością: jedna artystka chodziła na szczudłach tak cicho, jakby nie dotykała ziemi, dwóch chłopaków podrzucało w górę iskierkujące piłeczki, a wysoki kuglarz o srebrnym fraku mijał widzów z twarzą tak nieruchomą, że wyglądał bardziej jak kukła niż człowiek. Lena miała wrażenie, że wszyscy wokół się uśmiechają, ale nikt naprawdę nie patrzy nikomu w oczy.
Najbardziej niepokojące było to, że nie wszyscy artyści wyglądali na zachwyconych tym przedstawieniem. Niektórzy mieli przygaszone spojrzenia, jakby byli tu tylko ciałem, a reszta została gdzieś daleko. Kiedy Lena spojrzała na jednego z technicznych, tego z czarną chustą na szyi, mężczyzna natychmiast odwrócił głowę i zniknął za płócienną ścianą namiotu. Lena zatrzymała się na chwilę. W zwykłym cyrku nikt nie poruszałby się w taki sposób.
Główny namiot okazał się jeszcze większy, niż wyglądał z zewnątrz. W środku wszystko lśniło: aksamitne kotary, złote zdobienia, arena wysypana jasnym piaskiem, który odbijał światło tak mocno, że aż bolały oczy. Akrobaci zaczęli od występu, po którym na widowni rozległy się westchnienia. Ich skoki były tak wysokie i precyzyjne, jakby coś niewidzialnego pchało ich w górę. Potem pojawił się Nicolas, mistrz iluzji, z kapeluszem czarnym jak smoła. Zamiast królików wyciągał z niego obrazy, które wirowały nad sceną i zmieniały się w ptaki, płomienie i twarze z dymu.
Lena wpatrywała się w scenę, kiedy nagle ktoś lekko szturchnął ją w ramię. To była Kasia z klasy, z rumieńcem na policzkach i błyskiem podekscytowania w oczach. Bez słowa skinęła głową w stronę wyjścia. Lena zawahała się tylko przez moment, po czym wsunęła się z nią między rzędy krzeseł i wymknęła z namiotu.
Za skrzynią z rekwizytami powietrze było cięższe i zimniejsze. Kasia przycisnęła palec do ust, a potem wskazała na wąskie przejście między wagonami.
"Widziałam tam kogoś kilka razy" - szepnęła. "Zawsze po pokazach. Nikt tego nie zgłasza, ale... to nie wygląda jak część przedstawienia."
Lena chciała odpowiedzieć, lecz w tej samej chwili zza najbliższego wozu dobiegł ich cichy szept. Potem drugi. Ktoś był bardzo blisko. Mgła zaczęła snuć się po ziemi, jakby wyrastała spod desek i kół. Z wnętrza cyrku napłynął nagły podmuch muzyki, lecz teraz brzmiała dziwnie, fałszywie, jakby ktoś grał ją od tyłu.
Lena zrobiła krok w stronę przejścia i wtedy wszystkie światła na arenie nagle przygasły. Przez polanę przeszedł niski, nienaturalny śmiech, zbyt głośny, zbyt pewny siebie, żeby należeć do kogokolwiek zwyczajnego. Kasia chwyciła Lenę za nadgarstek tak mocno, że aż zabolało.
Z ciemności między wagonami ktoś powoli wyszedł na ścieżkę.