Cyrk Szeptów i Lustro Tajemnic

Siedemnastoletnia Lena trafia do dziwnego cyrku pod miastem i poznaje Wiktora. W pokazie iluzjonisty kryje się coś, co nie powinno istnieć.

Kiedy tego wieczoru Lena stanęła pod rzędami rozjarzonych lampionów Cyrku Szeptów, miała jeszcze nadzieję, że cała ta wyprawa skończy się najwyżej lekkim rozczarowaniem. Przyjechała tu z przyjaciółmi z czystej ciekawości, bo ktoś w szkole powiedział, że ten cyrk pojawia się zawsze tam, gdzie przez chwilę nic nie działa tak, jak powinno. Lena nie wierzyła w takie historie. Nie wierzyła też w magię, w znaki ani w zbieg okoliczności, które miałyby znaczyć cokolwiek więcej niż przypadek.

A jednak już po pierwszym numerze została sama na widowni dłużej, niż zamierzała. Coś ją zatrzymało. Może spojrzenie iluzjonisty, ostre i zbyt pewne, jakby znał ją lepiej niż powinna znać go obca osoba. Może ogromne lustro zawieszone nad areną, w którym jej odbicie przesunęło się o ułamek sekundy za późno. Lena odruchowo zmarszczyła brwi. W tafli jej twarz wyglądała inaczej: bledsza, napięta, z cieniem uśmiechu, którego na pewno nie miała na ustach.

Widownia pustoszała. Krzesła skrzypiały, ktoś szeptał w przejściu, ktoś inny śmiał się zbyt głośno, jakby chciał zagłuszyć narastający niepokój. Lena zrobiła krok bliżej areny i wtedy ktoś pojawił się obok niej tak nagle, jakby wyrósł z ciemności.

Wiktor był trochę starszy, miał ciemne oczy i rękawiczki, których nie zdejmował nawet w dusznym wnętrzu namiotu. Spojrzał najpierw na lustro, dopiero potem na nią.

Wiktor skinął głową, jakby czekał właśnie na takie potwierdzenie.

Zanim Lena zdążyła cokolwiek powiedzieć, światła zgasły. Przez namiot przeszedł metaliczny dźwięk, ostry i zimny, jakby ktoś przeciągnął po klatce schodowej wielkim kluczem. Lustro nad areną rozdarło mrok smugami srebrnego blasku. Lena zobaczyła w nim własne odbicie i natychmiast poczuła, że coś się nie zgadza. Jej twarz w tafli uśmiechnęła się szerzej, niż powinna.

Iluzjonista stanął między nimi bezszelestnie, z dłonią uniesioną w geście zaproszenia. Miał na sobie czarny frak, który pochłaniał resztki światła, a w oczach coś chłodnego, niemal cierpliwego.

Powietrze zgęstniało. Lena poczuła na nadgarstku czyjeś palce, choć obok stał tylko Wiktor. A potem tafla lustra zafalowała, jakby po drugiej stronie ktoś właśnie dotknął jej pierwszy.