Julka i Bartek trafiają do tajemniczego cyrku, gdzie wieczorny pokaz zaczyna się psuć, a z areny znika artystka. W ciemności budzi się coś, czego nie da się wytłumaczyć.
Cyrk Zorzy wyrósł przy miasteczku tak nagle, jakby ktoś postawił go w nocy i odszedł bez śladu. Jeszcze wczoraj plac za opuszczoną fabryką był pusty, a dziś błyszczał ogromny namiot w kolorze szkarłatu i srebra. Wokół krzątali się ludzie w długich płaszczach, rozwieszali girlandy świateł i ustawiali platformy, które połyskiwały jak mokre lustra.
Julka, trzynastolatka ze skateboardem zawsze przypiętym do plecaka, nie umiała przejść obok tego obojętnie. Bartek, jej o rok młodszy brat, udawał luz, ale cały dzień wypytywał, czy naprawdę będzie tam lewitacja i ogień kręcący się w powietrzu. Bilety zdobyli w sposób, który brzmiał jak żart: oddali stare komiksy klaunowi w pasiastych spodniach, a on w zamian wręczył im dwa kartoniki i mrugnął tak, jakby znał coś, czego oni jeszcze nie rozumieli.
W środku namiotu było gorąco od świateł i dziwnie cicho, mimo że trybuny pełne były ludzi. Powietrze pachniało watą cukrową, trocinami i czymś metalicznym, jak po burzy. Bartek od razu zauważył żonglera, który podrzucał kulami zmieniającymi kolor przy każdym ruchu. Julka patrzyła raczej na widownię niż na arenę. Kilku sąsiadów z miasteczka siedziało tuż obok nich, ale byli też tacy, którzy wyglądali, jakby nie pasowali do żadnego miejsca na ziemi.
Kiedy zgasły lampy, a reflektory przecięły ciemność białymi smugami, konferansjer w cylindrze uniósł ręce i zawołał:
— Przed państwem pokaz, którego nie da się zapomnieć.
Na linę weszła dziewczyna w czerwonej sukni. Za nią pojawili się akrobaci, skacząc tak wysoko, jakby pod namiotem nie było ziemi, tylko otwarte niebo. Publiczność wstrzymała oddech.
Wtedy Julka zauważyła, że światła wokół areny zaczynają migać. Najpierw jedno, potem drugie, aż cały krąg rozjarzył się nerwowo, jakby ktoś pstrykał przełącznikiem w zbyt szybkim tempie. W następnej sekundzie błysk uderzył tak mocno, że wszyscy mrugnęli jednocześnie.
Gdy obraz wrócił, na linie nie było już dziewczyny.
Na widowni przeszedł szmer, ktoś nerwowo się zaśmiał, a konferansjer zaczął coś mówić z wymuszonym uśmiechem. Julka odwróciła się do Bartka i zamarła. Chłopak ściskał w dłoni stary komiks, ten sam, który oddali klaunowi, a z jego okładki sączyło się blade, niebieskawe światło.
Z głośników rozległ się trzask. Namiot pogrążył się w półmroku.
Na środku areny poruszył się cień. Nie należał do żadnego reflektora, nie pasował do żadnej postaci. Przez moment trwał nieruchomo, po czym zaczął rosnąć i przesuwać się prosto w stronę Julki i Bartka.