Filip i Maja pomagają w cyrku Pana Brodacza, gdy na środku areny pojawia się dziwna skrzynia. Klops coś wyczuwa, a w środku zaczyna się ruch.
Filip kochał cyrk. Najbardziej lubił kolorową arenę pod wielkim namiotem w czerwone i białe pasy, gdzie wszystko błyszczało, dzwoniło i pachniało watą cukrową.
Tego wieczoru nie siedział już na ławce jak widz. Był pomocnikiem Pana Brodacza. Razem z Mają, jego najlepszą przyjaciółką, nosili czerwone balony i pomagali przy występach. Maja miała na głowie ogromną, śmieszną muszlę, a Filip ledwo powstrzymywał śmiech, gdy przebiegała obok niego na palcach.
Pan Brodacz żonglował bułkami, a piesek Klops biegał po arenie i stawał na tylnych łapkach, jakby chciał pokazać, że umie wszystko najlepiej. Publiczność klaskała, dzieci piszczały z zachwytu, a światła wirowały po suficie namiotu.
I wtedy nagle zgasły.
Na środku areny został tylko jeden niebieski reflektor. W jego świetle stała stara skrzynia. Nikt jej tam wcześniej nie widział. Miała zamkniętą kłódkę i wieko pomalowane złotymi gwiazdami oraz księżycami.
— Skąd ona się tu wzięła? — szepnęła Maja.
Klops zaszczekał głośno i obiegł skrzynię dookoła. Najeżył uszy, po czym zapiszczał cichutko, jakby coś w środku go zaniepokoiło.
Filip zrobił krok do przodu. Skrzynia znów drgnęła, tym razem wyraźnie.
Z widowni nikt już nie klaskał. Wszyscy patrzyli na nią w ciszy, a Filip poczuł, że serce bije mu coraz szybciej. Ktoś albo coś było w środku...