Amelka z Leonem trafiają do kolorowego cyrku pełnego muzyki, świateł i śmiechu. Gdy pokaz wydaje się najciekawszy, pod wielkim namiotem zaczyna dziać się coś dziwnego.
Amelka nigdy nie była w cyrku. Gdy tata powiedział: „Dziś wieczorem idziemy na pokaz”, aż zakręciła się na pięcie z radości. Wcisnęła pod pachę swojego najlepszego przyjaciela, pluszowego lwa Leona, i razem z rodzicami pojechała na wielką polanę za miastem.
Nad namiotami świeciły kolorowe lampki, a w powietrzu mieszały się zapach prażonej kukurydzy i waty cukrowej. Główny namiot był ogromny, pasiasty, czerwono-żółto-niebieski, jakby ktoś rozłożył na trawie wielką tęczę. Przy wejściu klaun z czerwonym noskiem rozdawał baloniki. Amelka dostała jeden w kształcie serca i trzymała go tak mocno, jakby był skarbem.
W środku było ciepło i gwarno. W pierwszym rzędzie siedziała tak prosto, że aż bolały ją plecy, ale nie chciała uronić ani chwili. Najpierw po arenie mknęły jednokołowe rowery, potem tancerki obracały w powietrzu długie, błyszczące wstążki. Publiczność klaskała, śmiała się i szeptała: „Jeszcze, jeszcze!”.
Kiedy wydawało się, że to już najpiękniejszy wieczór na świecie, zza czerwonej kurtyny dobiegł cichy, dziwny dźwięk. Nie był to ani śmiech, ani muzyka. Pan w cylindrze uniósł rękę i powiedział do mikrofonu: „Uwaga. Zaraz zobaczycie coś, czego nikt się nie spodziewał”. W tej samej chwili nad areną zapaliły się maleńkie światełka. Zaczęły wirować coraz szybciej, jakby coś je wołało z ciemności pod namiotem. Leon ścisnął Amelkę za rękę, a ona nagle przestała się uśmiechać.