Czekoladowa Intryga w Klubie Emerytów

Barbara, Marian i Zbyszek trafiają na ślad tajnego kółka czekoladożerców. Gdy w Klubie Emerytów pojawia się hasło „pralinka”, zwykły wieczór zamienia się w noc pełną sekretów.

W centrum miasteczka stał Klub Emerytów „Srebrny Grzebień” - miejsce, które z zewnątrz wyglądało jak świątynia spokoju, a w środku przypominało raczej pole bitwy połączone z kawiarenką i salą prób dla ludzi o zbyt ciętym języku.

To tutaj rządziły Barbara, mistrzyni sudoku i osoba, której nikt nie odważył się przerywać w pół zdania; Marian, były kierowca rajdowy, który z równą pasją jak kierownicę trzymał dziś szydełko; oraz Zbyszek, człowiek tak oddany kawie, że powinien figurować w regulaminie jako element wyposażenia. Pewnego wtorku, tuż po niezwykle zaciętej partii bingo, na środku stołu leżała już nie kartka z listą zakupów ani zaproszenie na potańcówkę, tylko coś o wiele ciekawszego: złożony w czworo bilecik zapisany eleganckim, drobnym pismem.

„Szukasz prawdziwej słodyczy? O północy pod szafą na miotły. Wstęp tylko dla wtajemniczonych. Słowo-klucz: pralinka!”

Barbara przeczytała wiadomość dwa razy, potem trzeci, jakby litery miały się same przyznać do winy. „Pralinka” - powtórzyła. - „To albo wyjątkowo głupi żart, albo ktoś ukrywa przed nami coś znacznie lepszego niż herbata z cytryną.”

Zbyszek otworzył jedno oko, potem drugie, i spojrzał na kartkę z miną człowieka, który nie pamięta, czy właśnie został wezwany do spisku, czy do drzemki. „Ja tylko zaznaczę, że w takich sprawach zawsze obrywa ten, kto zasnął jako ostatni.”

Marian już był przy szafie na miotły. Otworzył ją z rozmachem, jakby spodziewał się tam przynajmniej sejfu, a nie mopów, wiadra i kota o spojrzeniu zawodowego szantażysty. Kot przeciągnął się powoli, zszedł mu z drogi i zniknął w ciemności, jakby wiedział o całej sytuacji więcej niż reszta klubu razem wzięta.

Wieczorem nikt nie mówił głośno o bileciku, ale wszyscy myśleli o nim bez przerwy. Gdy zegar w holu wybił jedenastą, klub opustoszał, światła przygasły, a korytarz wypełnił się skrzypieniem desek i zapachem kawy, która zdążyła już wystygnąć, zanim ktokolwiek ją wypił.

Barbara szła pierwsza z latarką w dłoni. Marian miał przy sobie szydełko, choć obiecał, że będzie je trzymał „niewinnie i bezmachalnie”. Zbyszek niósł termos, jakby to była broń albo przynajmniej dowód rzeczowy. Pod szafą na miotły panował półmrok, który nawet najodważniejszym zwykle odbierał apetyt na przygody.

„Jeśli to sekta, to mam nadzieję, że choć trochę się postarała” - mruknął Marian.

Barbara uniosła rękę. „Cicho. Coś tam jest.”

Zza drzwi szafy dobiegło najpierw ciche szuranie, potem ledwo słyszalny chichot. Deski pod ich stopami zaskrzypiały, jakby sam budynek wstrzymał oddech. Zamek w drzwiach kliknął. Powoli, bardzo powoli, szafa zaczęła się otwierać - i wtedy z wnętrza wypłynął zapach czekolady tak intensywny, że Zbyszek nagle się obudził, a Barbara cofnęła się o krok.

W środku, w ciemności głębszej niż noc za oknem, ktoś przesunął dłonią po półce i powiedział szeptem:

„Wreszcie przyszliście. Król Trufli nie lubi czekać.”