Ewa i jej znajomi zostają po lekcjach w szkole, żeby dokończyć prezentację. W pustym budynku trafiają na coś, czego nie ma na żadnym planie.
Ewa zatrzasnęła zeszyt od chemii i odchyliła się na krześle. W klasie robiło się już szaro, a brudne szyby łapały ostatnie, blade światło z korytarza. Za godzinę budynek miał być pusty i zamknięty na cztery spusty. Zostali tylko dlatego, że pani Karpowicz zgodziła się na dodatkowy czas przy prezentacji na konkurs.
Przy stole siedzieli jeszcze Kuba, Agata i Filip. Laptop warczał cicho, ładowarka plątała się pod nogami, a Agata bez skutku obracała w dłoniach powerbank.
– Ktoś wie, gdzie tu jest gniazdko? – mruknęła.
– Za szafą – odpowiedział Filip, nie odrywając wzroku od ekranu. – Chyba.
Kuba podniósł głowę znad telefonu i spojrzał na ścianę, jakby nagle przestał słyszeć ich rozmowę. W pustej klasie każdy szelest brzmiał za głośno, a cisza miała w sobie coś, co nie pozwalało się rozluźnić.
Ewa przesunęła szafę o kilka centymetrów. Coś pod nią błysnęło. Zamarła.
– Chodźcie tu – powiedziała ciszej, niż planowała.
Pod linoleum w podłodze tkwiła mała metalowa klapka. Nie wyglądała jak część szkolnej instalacji. Filip uklęknął pierwszy, Agata przygryzła wargę, a Kuba spojrzał na nią tak, jakby chciał już powiedzieć, że to zły pomysł. Ewa jednak wsunęła w szczelinę scyzoryk.
Klapka ustąpiła z cichym skrzypnięciem.
Pod spodem były wąskie, strome schody, schodzące w ciemność. Pachniało wilgocią i kurzem, jakby nikt nie otwierał tego przejścia od lat.
– To nie ma prawa tu być – szepnął Kuba.
Ewa poświeciła latarką telefonu w dół. Światło zatrzymało się na ceglanej ścianie i zniknęło gdzieś głębiej, poza zasięgiem. Wtedy z dołu dobiegł ich cichy, głuchy dźwięk. Jakby ktoś przesunął coś ciężkiego po kamiennej posadzce.
Wszyscy znieruchomieli.
Na ścianie przy schodach poruszył się cień.