Marcel żyje sam w zwyczajnej kawalerce, dopóki w szafce pod oknem nie zaczynają dziać się rzeczy, których nie da się wyjaśnić rozsądkiem ani przypadkiem.
Marcel lubił myśleć o sobie jak o człowieku rozsądnym. Nie zbierał pamiątek, nie wierzył w znaki i nie miał cierpliwości do cudów, które podobno trafiają się tylko innym. Mieszkał sam w kawalerce na czwartym piętrze starej kamienicy z zielonymi okiennicami, pracował zdalnie jako grafik i większość dni spędzał w rytmie wyznaczanym przez kawę, monitor i krótkie wyjścia do sklepu za rogiem. Mieszkanie było dokładnie takie jak on chciał: proste, oszczędne, uporządkowane do granicy chłodu.
W ten czwartek coś jednak zakłóciło tę porządną ciszę. Najpierw był szelest. Ledwie słyszalny, jakby ktoś przesuwał po papierze paznokciem z samego końca pokoju. Dochodził z szafki pod oknem, tej samej, do której Marcel zaglądał tylko wtedy, gdy musiał wyjąć zapasowe kubki albo stare ładowarki. Zatrzymał się w pół kroku i nasłuchiwał. Przez sekundę wszystko znowu było zwyczajne. Potem szelest wrócił, ostrzejszy, zbyt wyraźny, by dało się go zrzucić na przeciąg.
Marcel podszedł do szafki i pociągnął za szufladę. W tej samej chwili uderzył go zapach świeżo ściętej trawy i coś jeszcze, ciepłe jak światło późnego lata. Odskoczył odruchowo, ale ciekawość była szybsza niż rozsądek. Wysunął szufladę do końca.
Na dnie leżał złożony kawałek starej mapy i klucz, ciężki, z długim ząbkowanym trzonem, podobny do tych, które widział kiedyś we Francji, w muzeum zamkowym. Krawędzie mapy pulsowały bladym, srebrnym światłem. Marcel zmrużył oczy, a wtedy usłyszał szept. Nie jeden, lecz kilka, cichych i bliskich, jakby ktoś mówił tuż przy jego uchu: „Otwórz drzwi, kiedy słońce dotknie parapetu”.
Odwrócił głowę. Promień światła przesuwał się powoli po podłodze, wspinając się na parapet. Zegar na ścianie wskazywał 16:07. Marcel zacisnął palce na kluczu, a serce uderzyło mu mocniej, kiedy z mapy zaczęła sączyć się mgła, cienka i świetlista, formując coś, co miało już wyraźny kształt drzwi.