Dolina Zmierzchowych Cieni

W słowiańskiej dolinie Igor i Lena spotykają tajemniczego wędrowca, który prowadzi ich ku zagadce ukrytej w pradawnym lesie podczas nocy przesilenia.

Gdy mgła spływała na Dolinę Zmierzchowych Cieni, Igor i Lena szli leśną ścieżką bez pośpiechu, lecz z napięciem, które nie opuszczało ich od zmierzchu. Powietrze było ciężkie od żywicy i wilgoci, a stare dęby stały nad drogą jak milczący świadkowie czegoś, czego nikt nie chciał już pamiętać. W taką noc, w noc letniego przesilenia, las zwykle brzmiał głośniej niż wieś: trzaskiem gałęzi, szelestem trzcin, dalekim pohukiwaniem sów. Tego wieczoru dźwięki zdawały się jednak zbyt bliskie, jakby ktoś szedł tuż za nimi.

Lena pierwsza zwolniła krok. Igor, zazwyczaj trzeźwy i uparty w swoim spokoju, też poczuł, że coś jest nie w porządku. W głębi boru mignęło blade światło, potem zgasło, a zaraz potem odezwał się suchy chrzęst, jakby ktoś przesuwał po ściółce ciężki kij. Z mroku wyłonił się stary wędrowiec. Miał na sobie płaszcz ciemny jak mokra ziemia, a na szyi sznur koralików z dzikich zębów. Nie spieszył się, nie krył twarzy, a mimo to jego obecność wywoływała niepokój, od którego robiło się chłodniej niż powinno być w letni wieczór.

Jego spojrzenie zatrzymało się najpierw na Lenie, potem na Igorze. Oczy miał jasne, wilcze, niemal nieludzkie.

„Szukacie odpowiedzi” powiedział chrapliwie. „Tylko nie każdej odpowiedzi da się spojrzeć w twarz.”

Igor miał już zapytać, skąd zna ich imiona, lecz wędrowiec uniósł rękę i wskazał ścieżkę prowadzącą głębiej między sosny.

„Za granicą lasu jest coś, co od dawna was woła. Jeśli pójdziecie teraz, zobaczycie więcej, niż powinniście. Jeśli zostaniecie, może już was nie znajdziecie.”

Lena spojrzała na Igora, jakby szukała w nim wahania, ale on patrzył tylko na czarną linię drzew, gdzie nagle zapalił się nikły, zielonkawy blask. Nie był to ogień ani księżycowy refleks. Światło pulsowało nisko nad ziemią, jakby coś pod ściółką oddychało.

Wędrowiec uśmiechnął się ledwie dostrzegalnie.

„Macie mało czasu” szepnął.

I wtedy z głębi lasu dobiegł ich cichy, przeciągły szept, wymawiający imię Leny.