Marta, Jarek i Lena trafiają do starego domu na końcu ulicy, gdzie każdy pokój budzi inne uczucie. Gdy zza zamkniętych drzwi dobiega szept, noc nagle przestaje być zwykłą zabawą.
Kiedy Marta, Jarek i Lena postanowili spędzić wieczór w opuszczonym domu na końcu ulicy, traktowali to jak głupi, trochę zbyt odważny żart. A jednak już w drodze nikt nie mówił z taką swobodą jak zwykle. Ciemność wokół budynku była gęsta, a nieruchome okna wyglądały tak, jakby ktoś stał po drugiej stronie i czekał na ich pierwszy krok.
Drzwi ustąpiły z przeciągłym skrzypnięciem, jakby dom miał własny głos i nie był zachwycony gośćmi. W środku pachniało chłodem, wilgocią i kurzem starych lat. Ciszę przerywało tylko jednostajne kapanie gdzieś głęboko w środku, zbyt regularne, by było przypadkiem. Marta objęła się ramionami, Jarek zaświecił latarką, a Lena od razu zwróciła uwagę na ściany pokryte bladymi wzorami, popękanymi, ale wyraźnymi jak ślady po dawno zapomnianym języku.
Zaczęli zaglądać do kolejnych pokoi. W salonie Marta nagle poczuła ciepły przypływ radości, tak gwałtowny, że parsknęła śmiechem bez powodu, po czym sama się tym przestraszyła. W kuchni Jarka uderzył ciężki smutek, obcy i natrętny, jakby ktoś wcisnął mu do piersi cudze wspomnienie. Lena cofnęła się od ściany, na której jeden z symboli drgnął w świetle latarki, jakby odpowiadał na ich obecność.
To wtedy Lena zrozumiała, że dom nie stoi pusty. On ich słuchał.
Nie zdążyli odpowiedzieć, bo z korytarza dobiegł ledwie słyszalny szept: "Nie każdy pokój jest otwarty..."
Wszyscy troje zamarli. Na końcu korytarza stały ciężkie czerwone drzwi, ciemniejsze od reszty domu, jakby nie wpuszczały nawet światła latarki. Klamka poruszyła się powoli sama z siebie, a potem jeszcze raz, mocniej, jakby coś po drugiej stronie właśnie próbowało się wydostać.