Dom pod Zegarem

Troje przyjaciół wynajmuje mieszkanie w starej kamienicy, gdzie nocami rozlega się niepokojący dźwięk. Wkrótce odkrywają, że wieżowy zegar pokazuje inną godzinę tylko im.

W samym sercu starego miasta, gdzie bruk pamiętał jeszcze czasy dorożek, stała kamienica z wysoką wieżą. Mieszkańcy mówili na nią Dom pod Zegarem. Nad placem wisiał ogromny, czarny tarczowy mechanizm, który od lat wyznaczał rytm całej okolicy.

Kiedy Julia, Tomek i Lena zdecydowali się wynająć tam mieszkanie, właściciel wręczył im ciężki klucz i spojrzał na nich tak, jakby chciał ich od czegoś odwieść, ale zabrakło mu odwagi.

Julia uznała to za starą, kamieniczną przesadę. Tomek rozejrzał się po klatce schodowej, po ścianach spękanych od wilgoci i po wąskich schodach prowadzących w górę wieży. Lena nie powiedziała nic. Już wtedy miała wrażenie, że w domu panuje cisza zbyt głęboka, jakby coś słuchało ich kroków.

Przez pierwsze dni wszystko wyglądało zwyczajnie. Pokoje były przestronne, wysokie sufity łapały echo każdego słowa, a wieczorami przez otwarte okno wpadało jednostajne tykanie wielkiego zegara. Dopiero nocą dom zaczynał brzmieć inaczej. Dokładnie o północy z wieży dobiegało nie dwanaście, lecz trzynaście uderzeń. Krótkie, ostre, niepasujące do żadnego znanego im czasu.

Najpierw myśleli, że to usterka albo żart starego mechanizmu. Potem przyszła burza.

Wiatr szarpał okiennicami, a deszcz tłukł o szyby jak garść drobnych kamieni. Lena siedziała przy stole w kuchni, gdy nagle podniosła wzrok na ścianę. Cienie wskazówek, rzucane przez tarczę widoczną z placu, przesunęły się w przeciwną stronę.

Julia zerwała się od okna. Tomek podszedł bliżej, marszcząc brwi. W tej samej chwili w całym mieszkaniu zgasło światło.

W ciemności rozległ się pojedynczy, metaliczny dźwięk. Potem drugi. Jakby zegar na wieży nie tylko bił, ale czegoś od nich wymagał.

Wybiegli na korytarz. W półmroku klatki schodowej, tuż pod drzwiami prowadzącymi na wieżę, stał cień. Nie był wyraźny, nie miał twarzy ani kształtu, który dałoby się opisać, a jednak wszyscy troje poczuli, że on widzi ich doskonale.

Tomek przełknął ślinę.

Na kamiennej posadzce, między nimi a schodami, leżał świeży ślad buta. Prowadził w górę, prosto do drzwi, które właśnie zaczęły się powoli uchylać z przeciągłym jękiem...